O Magdzie Umer można by pisać wiele. Ja jednak nie potrafię tego zrobić w żaden sposób. Próbowałam rzecz jasna, ale mi nie wychodziło. Nawet wiem dlaczego... Winne są moje, jak zwykle, nieposkromione emocje. Brak mi potrzebnego w takich chwilach chłodnego spojrzenia. Wszystko bowiem, co dotyczy Magdy Umer wydaje mi się fascynujące ponad miarę ( cóż, klasyczne zauroczenie fanki...) Więc także wszystko, co pisze przesycone jest  nieznośną egzaltacją,. Sama nie lubię czytać takich pretensjonalnych wywodów, więc i Państwu i Magdzie Umer i nawet samej sobie tego oszczędzę... A dopiero kiedyś, jak już spłynie na mnie jakże dawno niewidziany dystans napiszę, jak jeszcze nikt dotąd 

Tymczasem zapraszam do lektury dwóch dzieł o bohaterce niniejszej strony:

Pierwsze to obszerny artykułu Jana Bończy-Szabłowskiego, uzupełniony fragmentami dźwiękowymi z filmu Grażyny Pieczuro MAGDA,  wyemitowanego przez państwową telewizję kilka lat temu.

Drugie to test niedokończonych zdań, który dla Urody przeprowadziła z Magdą Umer jej  przyjaciółka, Magda Czapińska ( Znana autorka tekstów i psycholog – przy czym dla samego testu znaczenie kluczowe ma to, że przyjaciółka i, że psycholog...) 0

Jest bowiem w  nich wszystko, co o artyście, wchodząc na jego stronę intenetową chce się wiedzieć. Zapewniam Państwa, że niczego bardziej temat wyczerpującego na łamach całego internetu znaleźć się nie uda.

Jeżeli czują Państwo niedosyt – proszę szukać w innych działach naszej strony....

 

ZBLIŻENIE:

Magda Umer

Jest, czy się śni

Napisał Jan Bończa- Szabłowski

 

 

Kiedy polska piłka nożna odnosiła swe największe sukcesy, Jacek Gmoch, zaprosił do telewizji paru znajomych artystów, m.in. mnie - wspomina Adam Hanuszkiewicz. - Na rozpoczęcie programu czekałem w telewizyjnym bufecie. I w pewnym momencie oniemiałem. Za secesyjną szybą zobaczyłem autentyczną rusałkę. Miała ona takie piękne szare oczy, jak moja babcia i ślicznie śpiewała. Znajomi powiedzieli mi, że to Magda Umer. Pomyślałem sobie - to przecież idealna Rachela

  - Byłam dzieckiem bardzo kochanym przez wszystkich i być może dzięki temu mającym duże poczucie bezpieczeństwa - mówi Magda Umer. Chłonęłam wiedzę, byłam ciekawa świata i ludzi. Skąd się wzięła ucieczka w poezję? To jest chyba taka piękna choroba. Myślę, że byłam nią naznaczona od dziecka. Jest taki typ nadwrażliwców, którzy szukają odpowiedzi na różne dręczące ich pytania w muzyce, wierszach i ja do tej grupy należałam od samego początku. Mój tata miał duszę artysty. Pięknie śpiewał piosenki przedwojenne, grał na fortepianie i harmonii. Może coś mi przekazał? W szkole mówiłam wiersze na akademiach i śpiewałam ballady Okudżawy. (posłuchaj...)

- Pamiętam, że Magda miała wielkie powodzenie u chłopaków, z czego chyba zdawała sobie sprawę, ale była bardzo wybredna - wspominał przed laty swą młodszą koleżankę Andrzej Woyciechowski, późniejszy założyciel Radia Zet. - Obserwowaliśmy ją na akademiach, gdzie recytowała wiersze i śpiewała piosenki, głównie rosyjskie romanse. Wiedzieliśmy, że jest jakimś niebywałym zjawiskiem i potrafi skupić na sobie uwagę słuchacza. Bardzo chcieliśmy, by występowała w zakładanym przez nas kabarecie. Strasznie trudno jednak było namówić ją do występów. Magda bowiem powiedziała, że może zaśpiewać jedynie dla znajomych. Musieliśmy więc zastosować pewien podstęp. Powiedzieliśmy jej, że na występy będą przychodzić tylko nasi znajomi i jak pojawi się ktoś obcy, to po prostu nie zostanie wpuszczony. Podstęp się udał i tak Magda, która uważała, że śpiewanie nie może być poważnym sposobem na życie, rozpoczęła swą długoletnią, wspaniałą karierę pieśniarki.

 

W czasach studenckich Andrzej Woyciechowski napisał jej piosenkę, rozpoczynającą się od słów:

 

"Już szumią kasztany i pachnie już wiosną,

pamiętaj   kochany, by jakąś radosną,                                                                   

by jakąś radosną na wiosnę mieć minę

i wiosnę przywitać jak ładną dziewczynę".

         posłuchaj

                                                                                                                                                                                      Wkrótce owe "Kasztany" w wykonaniu Magdy Umer stały się wielkim przebojem, podobnie jak słynny "Koncert jesienny na dwa świerszcze". Magda zdobywała nagrody, gościła na FAMIE i zaproszona została do Opola, gdzie zaśpiewała piosenkę "O niebieskim, pachnącym groszku". Nagroda nie zmieniła jej postanowienia, by  zostać nauczycielką.

 

- Śpiewanie i występowanie na scenie traktowałam jako ciekawy sposób spędzania życia z miłymi ludźmi. Najlepiej czułam się na FAMIE, gdzie śpiewałam dla publiczności studenckiej. Atmosfera tamtych występów była zupełnie niezwykła, czułam, że znajduję się w jakimś innym, lepszym świecie, tak różnym od otaczającej nas szarej rzeczywistości. Kiedy zaczęliśmy robić tzw. karierę, zorientowałam się, że za występy otrzymuję pieniądze, znacznie przekraczające przeciętną pensję nauczycielską. Mimo to nie zrezygnowałam z wcześniejszych planów i załatwiono mi etat polonistki w Liceum Gottwalda, które kiedyś kończyłam.

 

O tym, że nie została nauczycielką, zadecydował przypadek.

-          Nagrodą, którą wyśpiewałam w Opolu była wycieczka do Włoch. Pod koniec pobytu okazało się, że panuje tam cholera. Wszyscy uczestnicy wycieczki musieli przejść dwutygodniową kwarantannę. Wróciłam więc dopiero w połowie września i dowiedziałam się, że mój etat w Gottwaldzie zajął ktoś inny. Dostałam wówczas pracę w telewizji, gdzie przygotowywałam programy poetyckie. Wtedy też miałam okazję poznać jednego z największych moich mistrzów Jeremiego Przyborę.

-          Jeremi to moja wielka miłość od 9. roku życia, czyli od 1958 roku. Wtedy bowiem pojawił się pierwszy odcinek "Kabaretu Starszych Panów". "Kabaret" ten był tęsknotą do lepszego świata. Tam było wszystko: delikatność, humor, poezja. Wspominano w nim o potrzebie stworzenia Ministerstwa Poszerzania Wyobraźni. I muszę przyznać, że moją wyobraźnię niebywale on poszerzył. W TV wielokrotnie widywałam Jeremiego, który tam również pracował i długo nie miałam śmiałości do niego podejść. Traf chciał, że kiedyś wybiegając z bufetu wpadłam wprost na samego Mistrza. Wtedy Jeremi się do mnie uśmiechnął i to mnie ośmieliło.

 

- Magda Umer zaproponowała mi, bym wystąpił w jej programie i bez wahania przyjąłem zaproszenie. Zauważyłem wtedy, że ma ona zupełnie przezroczyste oczy. Lubię ten rodzaj oczu, bo można przez nie zajrzeć człowiekowi głęboko do duszy - uważa Jeremi Przybora. - Bardzo ważną cechą u Magdy jest poczucie humoru. Nie wyobrażam sobie, bym mógł przyjaźnić się z kimś, kto pozbawiony jest tej cechy i na serio bierze wszystko, co mówię. Magda zrobiła też rzecz niebywałą: ocaliła od zapomnienia piosenki z "Kabaretu Starszych Panów" i wykorzystując je w spektaklu "Zimy żal" spowodowała, ku mojemu osłupieniu, że po latach zaczęły być doskonale odbierane przez młode pokolenie. Sama jest bardzo poetycka, nie tylko przez niesłychane ilości poezji, które wchłania, a jednocześnie wie, czego chce. Bardzo krytycznie ustosunkowuje się do swoich pomysłów, ale jeśli już uwierzy, że coś jest warte zachodu, to wtedy jest niebywale konsekwentna. Wierzę w jej gust i bardzo liczę się z jej zdaniem.

 

- Pamiętam jak kiedyś przed nagraniem Jeremi Przybora mnie reżyserował, chciał, bym stała się dla widzów lepiej ułożoną pannicą, a próbując zgłębić przyczynę irytacji, jaką niekiedy wzbudzałam swym sposobem bycia na wizji powiedział: "Niektórym się wydaje, że pani udaje kogoś innego, niż jest w rzeczywistości, bo nie mogą zrozumieć, że jest pani tak nienaturalnie naturalna".

Wśród osób, które doceniły oryginalność i wyjątkowość Magdy Umer była z pewnością jedna z jej serdecznych przyjaciółek Agnieszka Osiecka.

 

- Od dawna wiedziałam, że istnieje na świecie takie stworzenie zielonookie jak Magda Umer. Rodzaj elfa, w którego seledynowych oczach przeglądają się łąki, niebo i cała przyroda - powiedziała nam przed laty Agnieszka Osiecka. - Szepcząc swym ekspresjonistycznym szeptem i świdrując seledynowym spojrzeniem, Magda potrafi wywołać u publiczności - zarówno tej młodej, rozwichrzonej, jak i całkiem dorosłej - skupienie graniczące niemal z hipnozą. Miałam do czynienia z wieloma wykonawcami i wiem, że tego daru nikt inny nie posiadł. Człowiek wkradając się do repertuaru Magdy konkuruje z Szymborską, Poświatowską, Kubiakiem, Leśmianem, Przyborą. To wysokie progi, bo Magda w doborze piosenek jest bardzo wybredna.

- Z Agnieszką było zupełnie inaczej niż z Jeremim Przyborą - mówi Magda Umer. - Nigdy nie traktowałam jej jak swego mistrza. Była nadzwyczajnie ciekawym człowiekiem, a potem dopiero piękną dziewczyną (bo nigdy nie kobietą). Na początku czułam się jej młodszą koleżanką - obie urodziłyśmy się 9 października, tylko ja o 13 lat później - a po latach dużo starszą siostrą, bo miałam wrażenie, że ja staję się coraz bardziej dojrzałą osobą, a ona przeciwnie. W ogóle pojęcie dojrzałości do niej nie pasowało. Nie chciała wydorośleć. Była inteligentna, młoda, wrażliwa, miała nadzwyczajny zmysł obserwacji i wielki talent, który dostała od Pana Boga, pozostała jednak do końca "nieodpowiedzialnym młodzieńcem" i dlatego z wieloma sprawami, zwłaszcza pod koniec życia, w ogóle nie umiała sobie poradzić. I chyba nikt nie był w stanie jej pomóc, choć wielu bliskich próbowało.

Piosenka Agnieszki Osieckiej "Oczy tej małej"  to jedna z wielu, mówiących o nieszczęśliwej miłości. Podobnych utworów Magda Umer ma w swym repertuarze znacznie więcej. Przez długi czas - jak przyznaje - były one dla niej swego rodzaju autoterapią.

W latach 70. jej telewizyjnym partnerem był Andrzej Nardelli. Chłopak obdarzony niezwykłą wrażliwością i delikatnością, słynny Kordian "na drabinie" w Teatrze Narodowym Adama Hanuszkiewicza. Z Nardellim Magda Umer wystąpiła w cyklu programów "Jest, czy się śni". Śpiewali wiersze Gajcego, Bojarskiego. Tam po raz pierwszy pojawiła się też piękna piosenka Andrzeja Trzebińskiego "O niebieskim, pachnącym groszku", z którą oboje zostali zaproszeni do Opola. Do wspólnego wykonania jednak nie doszło, bo parę dni wcześniej Nardelli zginął tragicznie. Na pogrzebie jego matka przytuliwszy mocno Magdę powiedziała: "A czemuż ty dziecko płaczesz, to Bóg wziął Andrzeja do siebie".

Dla Magdy Umer nie było to wcale oczywiste. Była wychowana w rodzinie ateistów i długo dochodziła do własnych przemyśleń na temat Boga. Sformułowała je przed kilku laty. Odpowiadając na pytanie jednego z miesięczników: Czym jest dla mnie Bóg, odpowiedziała: "Niepojętym i Nieodzownym, Podstawowym Punktem Odniesienia w moim życiu, z nikim nie rozmawiam tak często jak właśnie z Nim, a jednocześnie bardzo często wątpię w Jego istnienie. Pragnę, aby Był, ale nie jestem osobą religijną. Próbowałam, ale nie potrafię oprawić w ramy czegoś, co nie ma długości i szerokości. Nie mówiąc już o głębokości. Mam przeczucie, że ktoś mi założył bezpośrednie połączenie. Dzwonię rzadko, by nie zawracać Głowy i nie zajmować Linii. Zawsze jest sygnał, ale czasami Nikt nie podnosi słuchawki. Wtedy ogarnia mnie czarna rozpacz."

 

- Rachela to osoba z zewnątrz, z innego świata niż pozostałe postacie "Wesela" - mówi Adam Hanuszkiewicz. - Pomyślałem więc, że mogłaby to zagrać dziewczyna, która nie jest aktorką. Ktoś, kto na co dzień nie jest nauczony sztuki udawania i bycia kimś innym.

 

- Kiedy zainteresowałam się pierwowzorem literackim Racheli - mówi Magda Umer - i sporo o niej czytałam, doszłam do wniosku, że chyba jednak w niewielkim stopniu przypominam Pepę Singer, tamtą dziewczynę. Z pewnością jednak było we mnie bardzo wiele cech Racheli wymyślonej przez Wyspiańskiego. A Hanuszkiewiczowi zależało, bym na scenie była przede wszystkim sobą. Zgodziłam się zagrać Rachelę głównie dlatego, że zawsze intrygowała mnie magia teatru. I bardzo frapowało pytanie, jakimi naprawdę ludźmi są aktorzy, ci, którzy każdego wieczora muszą udawać kogoś zupełnie innego. Być może w dzieciństwie też chciałam występować w teatrze i filmie, bo bardzo lubiłam zbierać zdjęcia sławnych aktorów, a więc zapewne gdzieś podświadomie marzyłam, by żyć tak jak oni. W młodości jednak zrozumiałam, że nawet gdybym miała talent, nie mogłabym zostać aktorką, bo nie potrafiłabym wcielać się w różne postacie, ponieważ mnie samej jest strasznie dużo. Ale aktorów kocham i wydaje mi się, że dobrze ich rozumiem.

To "Wesele", podobnie jak inne spektakle Hanuszkiewicza wywołało wiele kontrowersji wśród rodzimych krytyków. Przyjęcie za granicą było znacznie lepsze, tam - jak twierdzi reżyser - Magda Umer zawsze wymieniana była w czołówce.

 

- Na pewno świat aktorski wydawał mi się dużo ciekawszy, barwniejszy niż ten codzienny, na ulicy. Zauważyłam przy okazji, że większość aktorów to ludzie bardzo wrażliwi, ale zwyczajni. Na tle niektórych ja sama wydawałam się jakaś bardziej wydumana. Pracując w teatrze zobaczyłam też, jaką cenę się płaci za codzienną eksploatację nerwów podczas występów. Tamta wiedza bardzo się potem przydała w mojej pracy reżysera. Zawsze interesowała mnie psychologia i biologia i jestem przekonana, że jeśli jakiekolwiek sukcesy odniosłam w pracy z aktorem, to nie dlatego, że jestem dobrym reżyserem, lecz psychologiem. Myślę, że mam umiejętność współodczuwania z ludźmi, z którymi pracuję. A staram się pracować przede wszystkim z najlepszymi: stąd "Biała bluzka" i "Kobieta zawiedziona" z Krystyną Jandą, "Zimy żal" z Jeremim Przyborą, "Zbig Big Show" ze Zbyszkiem Zamachowskim, Januszem Józefowiczem i Piotrem Machalicą.

 

Magda ma na swym koncie kilka filmów telewizyjnych, m. in. rozmowy-rzeki z Agnieszką Osiecką i Jeremim Przyborą. Jeden z pierwszych filmów poświęciła też Andrzejowi Nardellemu.

- W moim pokoleniu Andrzej Nardelli to było bardzo znaczące nazwisko. Był jednym z wybrańców Pana Boga, który nagle przestał istnieć. Wytworzyła się legenda, granicząca nawet z mitem. Po jego śmierci czułam ogromną potrzebę zrobienia tego filmu, ale musiałam poczekać 20 lat, abym była w stanie go zrealizować.

 

Przed dwoma laty Magda Umer wydała swe piosenki w albumie zatytułowanym "Wszystko skończone". Zapowiedziała wtedy, że zamierza rozstać się z estradą.

- To mój główny problem, że nie jestem aktorką, a jednocześnie przez 25 lat wychodziłam na scenę i posługując się tekstami mych ulubionych autorów śpiewam o sobie i swoim życiu. To były takie przedziwne spotkania, które z jednej strony leczyły mnie, a z drugiej strony - o czym przekonałam się z licznych rozmów i listów - także wielu moim słuchaczom przynosiły ukojenie. Mówiłam im, co naprawdę myślę o życiu, o miłości, o śmierci i strachu. I tak było przez 10, może 15 lat. Potem to moje życie było tak bardzo intensywne, tak dużo się w nim działo, że z wieloma rzeczami coraz mniej potrafiłam sobie poradzić. I te recitale stawały się dla mnie jakieś nieprzyzwoicie ekshibicjonistyczne. Miałam wrażenie, jakbym wydrapała z siebie wszystko, ale nie przynosiło mi to żadnej ulgi. Czułam, że to mnie nie leczy, tylko staję się jeszcze bardziej chora. I doszłam do wniosku, że abym mogła sobie pomóc, muszę po prostu przestać występować. Myślałam, że zrobię sobie przerwę, a potem do tego zatęsknię i znowu powrócę. Ale tak wcale nie jest. Hanuszkiewicz powiedział kiedyś, że aktor to taki człowiek, który czuje szczęście w nogach z tego powodu, że stoi na scenie. Ja z tego powodu akurat czuję nieszczęście. Siedząc w domu, czytając książkę, myśląc nad kolejnym scenariuszem czuję się o wiele lepiej niż wchodząc o 19.00 na scenę.

 

Przed rokiem w radiowej "Trójce" odbył się koncert "Mężczyźni mojego życia". Tam Magda Umer prezentowała swoich kolegów i przyjaciół. Nie ulega jednak wątpliwości, że najważniejszymi mężczyznami jej życia pozostają trzej: synowie i mąż Andrzej. Ten ostatni stara się robić wszystko, by kobieta jego życia mogła się poczuć jak prawdziwa artystka. Nie protestuje więc, gdy Małgosia - bo tak nazywa Magdę - leży godzinami w zawieszonym na strychu hamaku pochłaniając kolejny tomik poezji. W jej imieniu składa okolicznościowe wizyty u znajomych, bo Magda tego nie cierpi. Od czasu do czasu lubi jednak sprowadzać ją na ziemię. Mimo tego Magda Umer nie żałuje, że wkrótce po tym jak poznała Andrzeja, modliła się w duchu, by nikogo w życiu już nie pokochać tak jak jego.

 

- Jest takie powiedzenie, by brać życie w swoje ręce, umieć walczyć o swoje i wychodzić naprzeciw czemuś, czego się bardzo chce. Ciągle mi się wydaje, że z jednej strony wychodziłam naprzeciw czemuś, czego chciałam, ale życie toczyło się jakimś drugim torem. Oczywiście dawałam mu na to przyzwolenie, bo zawsze mogłam powiedzieć, że nie idę do żadnego teatru, nie jadę do telewizji, nie interesuje mnie wywiad w radio. Będę siedziała w bibliotece na Koszykowej i czytała książki. I choć to czytanie książek do dzisiaj jest dla mnie interesujące, to jednak parę innych rzeczy okazywało się równie ciekawych. Miałam ciekawe życie i wydaje mi się, że umiem to docenić. A czy to, co zrobiłam, przetrwa jakiś czas? Nikt tego nie wie. Pamiętam taki film o Indiach, gdzie powstawały piękne dywany układane z kwiatów albo piasku. Mogły istnieć chwilę, ale te chwile były piękne. Czuję się takim ziarenkiem piasku.

 

 

SZUKAM, ŻEBY NIE ZNALEŹĆ...

Z MAGDĄ UMER ROZMAWIA MAGDA CZAPIŃSKA

URODA maj 1998

 

Ciągle próbuje coś w sobie zmienić, ale jak mówi są to marzenia ściętej głowy. Nie wie jaki ma zawód. W dokumentach pisze: piosenkarka, reżyser, scenarzystka.

 

Nie umiem odmówić Ci czegokolwiek

 

Ja... po łacinie Ego Męczący ocean komplikacji.

 

W głębi duszy.. boję się tam zaglądać

 

Moje serce... jest niestety schorowane.

 

Wolałabym być... szczuplejsza, spokojniejsza, mądrzejsza, zdrowsza, ale już niekoniecznie młodsza.

 

Gdy patrzę w lustro... na szczęście zaczynam słabo widzieć, ale podczas jednego z takich spojrzeń w lustro wymyśliłam następujący aforyzm:, Kiedy kobieta robi się starsza, to wszystko się w niej pogarsza.

 

Jestem kobietą... mimo wszystko, nie zawiedzioną

 

Uroda... tytuł miesięcznika dla kobiet, który pozwala mi kupować mój surowy i bardzo oszczędny mąż, ponieważ pisują tam trzy kobiety, które lubi szczególnie. (tzn.: Magda Czapińska, Zuzia Łapicka - Olbrychska, Krystyna Janda)

 

Mój styl... ekologiczna abnegatka. Najlepiej czułabym się w pidżamie M Białowszewskiego albo w kufajce B Hrabala.

 

Gdybym mogła coś w sobie zmienić... Ciągle próbuję, ale to chyba marzenia ściętej głowy.

 

Imponują mi kobiety, które... Są eleganckie z natury a nie obowiązku, bogactwa czy nudy. Taką kobietą jest na przykład Alicja Wirth Przybora i Weronika Olbrychska.

 

Najlepszym kosmetykiem są dla mnie... może najmilszym, bo chyba nic już mi nie pomoże. A najmilsze są glony na twarzy.

 

Najbardziej mi żal... tej zachłannej ochoty ma życie, którą kiedyś miałam.

 

Kiedyś byłam... pełna energii.

 

Dziś jestem... jak balonik Kłapouchego.

 

Czas mnie uczy... pokory.

 

Mam talent... do komplikowania nieskomplikowanych spraw.

 

Lubię siebie za... dystans do siebie.

 

Samotność... jest dla mnie czymś tak naturalnym jak stan nieważkości u kosmonauty.

 

Największym autorytetem jest dla mnie... natura, przyroda. Warto jej słuchać i bardzo się z nią liczyć

 

Drzewa są dla mnie... kimś tak bliskim jak ludzie... czasem nawet bliższym... W poprzednim wcieleniu byłam chyba jarzębiną.

 

Świat wokół mnie... to malutki brzozowy las i łąki pełne zjawiskowej nawłoci, po której chodzą bażanty.

 

Uciekam od... hałasu. Mój mózg tego nie toleruje.

 

Nigdy nie przestanę marzyć o... spokoju.

 

Mój dom ... jest moją opoką, niestety ciągle jeszcze nie spłaconą, ale są większe nieszczęścia w życiu.

 

Jak ognia unikam... wścibskich ludzi.

 

Najlepiej czuję się w ... saunie parowej i bardzo ciepłym morzu. Może to być morze Martwe. W ubiegłym roku po kąpielach w nim, zmartwychwstałam.

 

Moje nerwy... bez przerwy, bez przerwy.

 

W trudnych momentach... mówię sobie, trzeba się leczyć i być dzielną.

 

Lubię... robić zdjęcia. Rzadko rozstaję się z aparatem. Miałam nawet własną wystawę fotograficzną w galerii „Magic Media”, po której mąż kupił mi nowy wspaniały aparat.

 

Kocham... Życie

 

Uwielbiam... tort o nazwie Jojo, który można dostać w cukierni w Milanówku. Słów brakuje, by opisać tę rozkosz kulinarną.

 

Nie znoszę... RMG, MK HJ, ZW i kilku jeszcze osób niestety.

 

Może to śmieszne, ale... coraz mniej rzeczy mnie śmieszy a tak uwielbiam się śmiać.

 

Poczucie humoru... to moje panaceum, mój kapok, moja ostatnia deska ratunku.

 

Smutek..., który mnie czasem dopada, jest moją zmorą, z którą walczę ze zmiennym skutkiem.

 

Wierzę... w istnienie dobrych i porządnych ludzi.

 

Moja dewiza życiowa brzmi... nie mam dewizy życiowej, a nawet jeżeli czasami wydaje mi się, że mam, to ona w ogóle nie brzmi, ponieważ nawet nie próbuję jej wyartykułować. Siedzi sobie w moim środku. Ale uwielbiam dewizę Andrzeja Poniedzielskiego, która brzmi: Jedynie ważny klucz w jedynie słusznej sprawie, tworzą żurawie...

 

Wstyd się przyznać... ale prawie nie znam nut.

 

Wszystko można o mnie powiedzieć tylko nie to, że... jestem wybitną wokalistką, i że lubię udzielać wywiadów.

 

 Kabaret Stodoła... przyniósł mi szczęście. Do dziś mam w oczach te tłumy walące na nasze przedstawienia i wielką postać bramkarza Maćka Jankowskiego, przy którym niczego się nie bałam. Dzisiaj jest on słynnym politykiem, jednym z niewielu, których się nie boję.

 

Przyjaciele z młodości... zajmują bardzo ważne miejsce w moim sercu. Często o nich myślę.

 

Mam wielki sentyment do... dużych drzew i małych dzieci.

 

Gdybym nie została artystką... to zostałabym nauczycielką języka polskiego i wszyscy moi uczniowie wiedzieliby, że mam bzika na punkcie poezji Bolesława Leśmiana.

 

Moje piosenki... przypominają mi całe moje życie.

 

Kiedy widzę siebie na ekranie... nie mogę nadziwić się własnej śmiałości.

 

Dzieciństwo...1949 – 1956, skomplikowane jak te daty, które wymieniłam.

Najmilej z tego dzieciństwa wspominam: 1. Moje podwórko, 2. fortepian, w którym miałam swoją skrytkę na różne bardzo ważne kamyki i notatki, 3. Treningi gimnastyki przyrządowej na Legii.

 

Moja mama... była śliczna, biedna i bardzo sama.

 

Mój ojciec... Był przystojnym, inteligentnym, bardzo utalentowanym i bardzo smutnym mężczyzną o najpiękniejszym uśmiechu jaki znam.

 

Człowiek, którego kocham... to piosenka mojego życia ale także mój brat.

 

 Gdy miałam 17 lat... był rok 1966, a ja byłam szczęśliwą dziewczyną. Miałam już chłopaka i chodziłam do 10 klasy.

 

Pierwsza miłość... Pamiętam jak przez mgłę, ale dzięki niej zdałam maturę z matematyki i mam syna Mateusza, który skończył już 20 lat.

 

Nie udało mi się w życiu... nie zranić kilku bliskich osób.

 

Mój największy sukces to... rzucenie palenia 13 lat temu.

 

Do furii doprowadza mnie... wiatr halny w Zakopanem i pedanteria mojego męża.

 

Na moim biurku... ja dokładnie wiem gdzie co leży a mój mąż nie ma pojęcia skąd ja to mogę wiedzieć. Poza tym pięćdziesiąt razy dziennie powtarza mi, żebym coś równo położyła, powiesiła, odłożyła, bo wszystko ma swoje miejsce. TYRAN!

 

Moi bliscy... mają swoje światy i wiele dla mnie wyrozumiałości.

 

Miłość... Nie wiem co to jest miłość. Jonasz Kofta napisał kiedyś dla mnie piękną piosenkę na ten temat: Co to jest miłość/ nie wiem/ ale to miłe/ że chcę go mieć dla siebie/ na nie wiem ile...

 

Kobieta i mężczyzna... cóż to za komplikacja!

 

Małżeństwo... to coś, co nakazał mi Pan Bóg na czas wczesnej starości. Na szczęście podarował mi też bardzo nie małżeńskiego małżonka. Dzięki temu obydwoje cały czas czujemy się ludźmi wolnymi a to jest błogosławiony stan dla uczucia.

 

Moi synowie... ach słów brakuje... kocham ich i mam za co ich kochać... Mateusz jest studentem trzeciego roku geologii a Franek uczniem szóstej klasy.

 

Szczęście to... brak nieszczęść

 

Cieszę się jak dziecko... gdy wygrywam z moim synem Frankiem w ping-ponga. Z Mateuszem nie wygrywam a chciałabym.

 

Macierzyństwo jest dla mnie... nagrodą za istnienie.

 

Codziennie rano... wydaje mi się, że śnię. Mam taki niezwykły widok z okna. sypialni Łąka i las na horyzoncie.

 

Nie mogłabym żyć ... bez Radiowej Trójki.

 

Moja ulubiona pora... to pora snu. W sypialni jestem wierna Morfeuszowi, to on mnie czasem zdradza niestety.

 

Przed snem... czytam i przekwitam. Te rymy są silniejsze ode mnie

 

Jestem uzależniona... od słodyczy niestety.

 

Jeśli chodzi o seks... bardzo przyjemne Plusqamperfektum.

 

Najbardziej seksy w mężczyźnie... jest dla mnie wdzięk i poczucie humoru na temat seksu.

 

Ideałem mężczyzny jest dla mnie... nie mam odwagi odpowiedzieć na to pytanie.

 

Chętnie zjadłabym kolację z ... z panem J Giedroyciem i A Wajrakiem. Jak marzyć to marzyć...

 

Ulubiony film... Spaleni słońcem Nikity Michałkowa.

 

Ulubiony reżyser... Woody Allen. Chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego.

 

Chciałabym poznać osobiście... A Marianowicza, ks. J Twardowskiego, J Tischnera, i J Turowicza.

 

 Mój zawód... Nie umiem wypełnić takiej rubryki. W dokumentach mam piosenkarka, scenarzysta i reżyser.

 

Stała praca... Na szczęście nie mam o niej pojęcia, choć wiem, że innym ludziom daje poczucie bezpieczeństwa.

 

Moja największa wada... brak wiary w sens jakichkolwiek poczynań artystycznych.

 

Zaleta... To, że jeśli już się zdecyduję na jakieś poczynania to żyję tylko tym i oddaję się temu bez reszty.

 

Całe życie szukam... tak, aby nie znaleźć.

 

Mój znak zodiaku. ... 9 X 1949 a więc waga. Do tej wagi nie przywiązuję większej wagi.

 

Gdybym mogła sobie na to pozwolić... wyjeżdżałabym na zimowe miesiące  do ciepłych krajów razem z bocianami i razem z nimi wracałabym na wiosnę.

 

Podróże... Chciałabym na przykład znaleźć się w Indiach i ćwiczyć jogę w którymś z aszramów.

 

Wielki świat... staje się coraz mniejszy.

 

Nie umiem żyć bez... umiem żyć bez.

 

Największą wartość ma dla mnie... przyjaźń na dobre i na złe. Przyjaciele to coś co mam najcenniejszego w życiu.

 

Najbliższą mi osobą jest... kilka osób.

 

Zawsze mogę liczyć... na Ciebie męczyduszo.

 

Najbardziej męczy mnie... czekanie na wzięcie się w garść wtedy gdy, jak to ładnie powiedział pewien psychoterapeuta, nie mam tej garści.

 

Boję się... dużo krócej trwałoby powiedzenie czego się nie boję. Chciałabym, żeby wynaleziono jakąś pigułkę, żeby nie czuć lęku.

 

Wpadam w rozpacz... jak śliwka w kompot.

 

Najchętniej słucham... Jazzu. Jak balsam działa ma mnie Nat King Cole, Billie Holiday, Nina Simone, a ostatnio Diana Krall. Jak ta kobieta śpiewa.

 

Podziwiam... ludzi, którzy pięknie grają na fortepianie.

 

Moje ulubione książki... jest ich za dużo, żeby wymieniać.

 

Największe wrażenie zrobił na mnie... Kabaret Starszych Panów, gdy byłam małą dziewczynką.

 

Moim mistrzem jest... J Przybora, B Leśmian, W Szymborska, I B Singer,  M Białoszewski, W Allen, F Felini, M Anioł, L da Vinci. Na szczęście jest z czego wybierać.

 

Najbardziej mnie wzrusza... młodość wszystkiego.

 

Najlepsza rzeczą jaka mi się ostatnio przydarzyła... mojej suce Łyżwie urodziły się cudne szczeniaczki. Patrzę na to maleńkie życie godzinami. Siedzę i gapię się jak w telewizor. Ojcem jest niejaki Bambus, który pilnuje domostwa. Ona prawie wyżeł, on prawie wilczur.

 

Mam nadzieję, że... lato będzie ciepłe, słoneczne i że nie będzie wojny.

 

A mnie się marzy... żeby na dachu mojego domu gniazda uwiły sobie bociany.

 

Gdy idę ulicą... to rozumiem co poeta Muniek Staszczyk miał na myśli pisząc, że wiosna spaliną oddycha.

 

Chciałabym kiedyś... Uf wreszcie mam jakąś tajemnicę. Nie powiem.

 

Mam żal do losu. To musiał by być elaborat. Dajmy sobie spokój.

 

Gdy dzwoni telefon... robię wszystko, żeby odebrali go inni domownicy, bo boję się, że znowu każą mi gdzieś występować, albo udzielać wywiadów.

 

Kariera... mała rzecz ja cieszy.

 

Popularność... mała rzecz a nie cieszy.

 

Pieniądze... mała rzecz a cieszy nieprzyzwoicie. Pieniądze dopiero teraz są mi potrzebne jak nigdy. Patrz hasło Mój dom...

 

Polityka... niby nie znoszę, niby się nie interesuję, a jednak nie sposób od tego wszystkiego uciec. Przejmuję się wieloma rzeczami dotyczącymi polityki.

 

Gdy będę staruszką... postaram się jak najczęściej uśmiechać i podśpiewywać wesołe jest życie staruszki. Myślę, że od nikogo się tak nie ucieka jak od zrzędliwych, wiecznie jęczących i narzekających na cały świat, skupionych na sobie i nie starających się zmienić. Jeśli ja mam być taka to niech staruszki nie doczekam.

 

Myślę, że Bóg... ma strasznie dużo kłopotów.

 

Po tamtej stronie... powinno coś być na Miłość Boską.

 

Złota rybko... tyle mi dałaś, że nie śmiałabym już prosić o cokolwiek. Może tylko o zlikwidowanie alergii na kota, bo nie mogę go mieć a bardzo bym chciała. Całuję cię w welon złociutka.

 

Jest takie miejsce... do którego udam się z Tobą na autoryzację tej zabawy. Nazywa się ono restauracja Japońska. Ostrzegam, najdroższa w Stolicy.

 

Na razie... pozdrów Kazię a jak się uda to Robin Hooda. Tak żegnają się ze sobą moi synowie.

 

Dlaczego mnie nie zapytałaś o... Stop. Żadnych pytań więcej, idziemy na japońską zupę z glonów.