
O Magdzie Umer można by pisać wiele. Ja jednak nie potrafię tego zrobić w żaden sposób. Próbowałam rzecz jasna, ale mi nie wychodziło. Nawet wiem dlaczego... Winne są moje, jak zwykle, nieposkromione emocje. Brak mi potrzebnego w takich chwilach chłodnego spojrzenia. Wszystko bowiem, co dotyczy Magdy Umer wydaje mi się fascynujące ponad miarę ( cóż, klasyczne zauroczenie fanki...) Więc także wszystko, co pisze przesycone jest nieznośną egzaltacją,. Sama nie lubię czytać takich pretensjonalnych wywodów, więc i Państwu i Magdzie Umer i nawet samej sobie tego oszczędzę... A dopiero kiedyś, jak już spłynie na mnie jakże dawno niewidziany dystans napiszę, jak jeszcze nikt dotąd
Tymczasem
zapraszam do lektury dwóch dzieł o bohaterce niniejszej strony:
Pierwsze
to obszerny artykułu Jana Bończy-Szabłowskiego, uzupełniony fragmentami
dźwiękowymi z filmu Grażyny Pieczuro MAGDA, wyemitowanego przez państwową telewizję
kilka lat temu.
Drugie
to test niedokończonych zdań, który dla Urody przeprowadziła z Magdą Umer
jej przyjaciółka, Magda Czapińska ( Znana autorka tekstów i psycholog –
przy czym dla samego testu znaczenie kluczowe ma to, że przyjaciółka i, że
psycholog...)
Jest
bowiem w nich wszystko, co o
artyście, wchodząc na jego stronę intenetową, chce się wiedzieć. Zapewniam Państwa,
że niczego bardziej temat wyczerpującego na łamach całego internetu znaleźć się
nie uda.
Jeżeli czują Państwo niedosyt – proszę szukać w innych działach naszej strony....
Napisał Jan Bończa- Szabłowski
Kiedy
polska piłka nożna odnosiła swe największe sukcesy, Jacek Gmoch, zaprosił do
telewizji paru znajomych artystów, m.in. mnie - wspomina Adam Hanuszkiewicz. -
Na rozpoczęcie programu czekałem w telewizyjnym bufecie. I w pewnym momencie
oniemiałem. Za secesyjną szybą zobaczyłem autentyczną rusałkę. Miała ona takie
piękne szare oczy, jak moja babcia i ślicznie śpiewała. Znajomi powiedzieli mi,
że to Magda Umer. Pomyślałem sobie - to przecież idealna Rachela
W
czasach studenckich Andrzej Woyciechowski napisał jej piosenkę, rozpoczynającą
się od słów:

"Już szumią kasztany i pachnie już wiosną,
pamiętaj
kochany, by jakąś radosną,
by
jakąś radosną na wiosnę mieć minę
i wiosnę przywitać jak ładną dziewczynę".
Wkrótce owe "Kasztany" w wykonaniu Magdy Umer stały się wielkim przebojem, podobnie jak słynny "Koncert jesienny na dwa świerszcze". Magda zdobywała nagrody, gościła na FAMIE i zaproszona została do Opola, gdzie zaśpiewała piosenkę "O niebieskim, pachnącym groszku". Nagroda nie zmieniła jej postanowienia, by zostać nauczycielką.
-
Śpiewanie i występowanie na scenie traktowałam jako ciekawy sposób spędzania
życia z miłymi ludźmi. Najlepiej czułam się na FAMIE, gdzie śpiewałam dla
publiczności studenckiej. Atmosfera tamtych występów była zupełnie niezwykła,
czułam, że znajduję się w jakimś innym, lepszym świecie, tak różnym od
otaczającej nas szarej rzeczywistości. Kiedy zaczęliśmy robić tzw. karierę,
zorientowałam się, że za występy otrzymuję pieniądze, znacznie przekraczające
przeciętną pensję nauczycielską. Mimo to nie zrezygnowałam z wcześniejszych
planów i załatwiono mi etat polonistki w Liceum Gottwalda, które kiedyś
kończyłam.

-
Nagrodą,
którą wyśpiewałam w Opolu była wycieczka do Włoch. Pod koniec pobytu okazało
się, że panuje tam cholera. Wszyscy uczestnicy wycieczki musieli przejść
dwutygodniową kwarantannę. Wróciłam więc dopiero w połowie września i
dowiedziałam się, że mój etat w Gottwaldzie zajął ktoś inny. Dostałam wówczas
pracę w telewizji, gdzie przygotowywałam programy poetyckie. Wtedy też miałam
okazję poznać jednego z największych moich mistrzów Jeremiego Przyborę.
-
Jeremi
to moja wielka miłość od 9. roku życia, czyli od 1958 roku. Wtedy bowiem pojawił
się pierwszy odcinek "Kabaretu Starszych Panów". "Kabaret" ten był tęsknotą do
lepszego świata. Tam było wszystko: delikatność, humor, poezja. Wspominano w nim
o potrzebie stworzenia Ministerstwa Poszerzania Wyobraźni. I muszę przyznać, że
moją wyobraźnię niebywale on poszerzył. W TV wielokrotnie widywałam Jeremiego,
który tam również pracował i długo nie miałam śmiałości do niego podejść. Traf
chciał, że kiedyś wybiegając z bufetu wpadłam wprost na samego Mistrza. Wtedy
Jeremi się do mnie uśmiechnął i to mnie ośmieliło.
-
Magda Umer zaproponowała mi, bym wystąpił w jej programie i bez wahania
przyjąłem zaproszenie. Zauważyłem wtedy, że ma ona zupełnie przezroczyste oczy.
Lubię ten rodzaj oczu, bo można przez nie zajrzeć człowiekowi głęboko do duszy -
uważa Jeremi Przybora. - Bardzo ważną cechą u Magdy jest poczucie humoru. Nie
wyobrażam sobie, bym mógł przyjaźnić się z kimś, kto pozbawiony jest tej cechy i
na serio bierze wszystko, co mówię. Magda zrobiła też rzecz niebywałą: ocaliła
od zapomnienia piosenki z "Kabaretu Starszych Panów" i wykorzystując je w
spektaklu "Zimy żal" spowodowała, ku mojemu osłupieniu, że po latach zaczęły być
doskonale odbierane przez młode pokolenie. Sama jest bardzo poetycka, nie tylko
przez niesłychane ilości poezji, które wchłania, a jednocześnie wie, czego chce.
Bardzo krytycznie ustosunkowuje się do swoich pomysłów, ale jeśli już uwierzy,
że coś jest warte zachodu, to wtedy jest niebywale konsekwentna. Wierzę w jej
gust i bardzo liczę się z jej zdaniem.
-
Pamiętam jak kiedyś przed nagraniem Jeremi Przybora mnie reżyserował, chciał,
bym stała się dla widzów lepiej ułożoną pannicą, a próbując zgłębić przyczynę
irytacji, jaką niekiedy wzbudzałam swym sposobem bycia na wizji powiedział:
"Niektórym się wydaje, że pani udaje kogoś innego, niż jest w rzeczywistości, bo
nie mogą zrozumieć, że jest pani tak nienaturalnie naturalna".
Wśród
osób, które doceniły oryginalność i wyjątkowość Magdy Umer była z pewnością
jedna z jej serdecznych przyjaciółek Agnieszka Osiecka.
-
Od dawna wiedziałam, że istnieje na świecie takie stworzenie zielonookie jak
Magda Umer. Rodzaj elfa, w którego seledynowych oczach przeglądają się łąki,
niebo i cała przyroda - powiedziała nam przed laty Agnieszka Osiecka. - Szepcząc
swym ekspresjonistycznym szeptem i świdrując seledynowym spojrzeniem, Magda
potrafi wywołać u publiczności - zarówno tej młodej, rozwichrzonej, jak i
całkiem dorosłej - skupienie graniczące niemal z hipnozą. Miałam do czynienia z
wieloma wykonawcami i wiem, że tego daru nikt inny nie posiadł. Człowiek
wkradając się do repertuaru Magdy konkuruje z Szymborską, Poświatowską,
Kubiakiem, Leśmianem, Przyborą. To wysokie progi, bo Magda w doborze piosenek
jest bardzo wybredna.
-
Z Agnieszką było zupełnie inaczej niż z Jeremim Przyborą - mówi Magda Umer. -
Nigdy nie traktowałam jej jak swego mistrza. Była nadzwyczajnie ciekawym
człowiekiem, a potem dopiero piękną dziewczyną (bo nigdy nie kobietą). Na
początku czułam się jej młodszą koleżanką - obie urodziłyśmy się 9 października,
tylko ja o 13 lat później - a po latach dużo starszą siostrą, bo miałam
wrażenie, że ja staję się coraz bardziej dojrzałą osobą, a ona przeciwnie. W
ogóle pojęcie dojrzałości do niej nie pasowało. Nie chciała wydorośleć. Była
inteligentna, młoda, wrażliwa, miała nadzwyczajny zmysł obserwacji i wielki
talent, który dostała od Pana Boga, pozostała jednak do końca
"nieodpowiedzialnym młodzieńcem" i dlatego z wieloma sprawami, zwłaszcza pod
koniec życia, w ogóle nie umiała sobie poradzić. I chyba nikt nie był w stanie
jej pomóc, choć wielu bliskich próbowało.
Piosenka
Agnieszki Osieckiej "Oczy
tej małej" to jedna z wielu, mówiących o nieszczęśliwej miłości.
Podobnych utworów Magda Umer ma w swym repertuarze znacznie więcej. Przez długi
czas - jak przyznaje - były one dla niej swego rodzaju autoterapią.
W
latach 70. jej telewizyjnym partnerem był Andrzej Nardelli. Chłopak obdarzony
niezwykłą wrażliwością i delikatnością, słynny Kordian "na drabinie" w Teatrze
Narodowym Adama Hanuszkiewicza. Z Nardellim Magda Umer wystąpiła w cyklu
programów "Jest, czy się śni". Śpiewali wiersze Gajcego, Bojarskiego. Tam po raz
pierwszy pojawiła się też piękna piosenka Andrzeja Trzebińskiego "O niebieskim,
pachnącym groszku", z którą oboje zostali zaproszeni do Opola. Do wspólnego
wykonania jednak nie doszło, bo parę dni wcześniej Nardelli zginął tragicznie.
Na pogrzebie jego matka przytuliwszy mocno Magdę powiedziała: "A czemuż ty
dziecko płaczesz, to Bóg wziął Andrzeja do siebie".
Dla
Magdy Umer nie było to wcale oczywiste. Była wychowana w rodzinie ateistów i
długo dochodziła do własnych przemyśleń na temat Boga. Sformułowała je przed
kilku laty. Odpowiadając na pytanie jednego z miesięczników: Czym jest dla mnie
Bóg, odpowiedziała: "Niepojętym i Nieodzownym, Podstawowym Punktem Odniesienia w
moim życiu, z nikim nie rozmawiam tak często jak właśnie z Nim, a jednocześnie
bardzo często wątpię w Jego istnienie. Pragnę, aby Był, ale nie jestem osobą
religijną. Próbowałam, ale nie potrafię oprawić w ramy czegoś, co nie ma
długości i szerokości. Nie mówiąc już o głębokości. Mam przeczucie, że ktoś mi
założył bezpośrednie połączenie. Dzwonię rzadko, by nie zawracać Głowy i nie
zajmować Linii. Zawsze jest sygnał, ale czasami Nikt nie podnosi słuchawki.
Wtedy ogarnia mnie czarna rozpacz."
-
Rachela to osoba z zewnątrz, z innego świata niż pozostałe postacie "Wesela" -
mówi Adam Hanuszkiewicz. - Pomyślałem więc, że mogłaby to zagrać dziewczyna,
która nie jest aktorką. Ktoś, kto na co dzień nie jest nauczony sztuki udawania
i bycia kimś innym.

-
Kiedy zainteresowałam się pierwowzorem literackim Racheli - mówi Magda Umer - i
sporo o niej czytałam, doszłam do wniosku, że chyba jednak w niewielkim stopniu
przypominam Pepę Singer, tamtą dziewczynę. Z pewnością jednak było we mnie
bardzo wiele cech Racheli wymyślonej przez Wyspiańskiego. A Hanuszkiewiczowi
zależało, bym na scenie była przede wszystkim sobą. Zgodziłam się zagrać Rachelę
głównie dlatego, że zawsze intrygowała mnie magia teatru. I bardzo frapowało
pytanie, jakimi naprawdę ludźmi są aktorzy, ci, którzy każdego wieczora muszą
udawać kogoś zupełnie innego. Być może w dzieciństwie też chciałam występować w
teatrze i filmie, bo bardzo lubiłam zbierać zdjęcia sławnych aktorów, a więc
zapewne gdzieś podświadomie marzyłam, by żyć tak jak oni. W młodości jednak
zrozumiałam, że nawet gdybym miała talent, nie mogłabym zostać aktorką, bo nie
potrafiłabym wcielać się w różne postacie, ponieważ mnie samej jest strasznie
dużo. Ale aktorów kocham i wydaje mi się, że dobrze ich rozumiem.
To
"Wesele", podobnie jak inne spektakle Hanuszkiewicza wywołało wiele kontrowersji
wśród rodzimych krytyków. Przyjęcie za granicą było znacznie lepsze, tam - jak
twierdzi reżyser - Magda Umer zawsze wymieniana była w czołówce.
-
Na pewno świat aktorski wydawał mi się dużo ciekawszy, barwniejszy niż ten
codzienny, na ulicy. Zauważyłam przy okazji, że większość aktorów to ludzie
bardzo wrażliwi, ale zwyczajni. Na tle niektórych ja sama wydawałam się jakaś
bardziej wydumana. Pracując w teatrze zobaczyłam też, jaką cenę się płaci za
codzienną eksploatację nerwów podczas występów. Tamta wiedza bardzo się potem
przydała w mojej pracy reżysera. Zawsze interesowała mnie psychologia i biologia
i jestem przekonana, że jeśli jakiekolwiek sukcesy odniosłam w pracy z aktorem,
to nie dlatego, że jestem dobrym reżyserem, lecz psychologiem. Myślę, że mam
umiejętność współodczuwania z ludźmi, z którymi pracuję. A staram się pracować
przede wszystkim z najlepszymi: stąd "Biała bluzka" i "Kobieta zawiedziona" z
Krystyną Jandą, "Zimy żal" z Jeremim Przyborą, "Zbig Big Show" ze Zbyszkiem
Zamachowskim, Januszem Józefowiczem i Piotrem Machalicą.
Magda
ma na swym koncie kilka filmów telewizyjnych, m. in. rozmowy-rzeki z Agnieszką
Osiecką i Jeremim Przyborą. Jeden z pierwszych filmów poświęciła też Andrzejowi
Nardellemu.
-
W moim pokoleniu Andrzej Nardelli to było bardzo znaczące nazwisko. Był jednym z
wybrańców Pana Boga, który nagle przestał istnieć. Wytworzyła się legenda,
granicząca nawet z mitem. Po jego śmierci czułam ogromną potrzebę zrobienia tego
filmu, ale musiałam poczekać 20 lat, abym była w stanie go zrealizować.

Przed
rokiem w radiowej "Trójce" odbył się koncert "Mężczyźni mojego życia". Tam Magda
Umer prezentowała swoich kolegów i przyjaciół. Nie ulega jednak wątpliwości, że
najważniejszymi mężczyznami jej życia pozostają trzej: synowie i mąż Andrzej.
Ten ostatni stara się robić wszystko, by kobieta jego życia mogła się poczuć jak
prawdziwa artystka. Nie protestuje więc, gdy Małgosia - bo tak nazywa Magdę -
leży godzinami w zawieszonym na strychu hamaku pochłaniając kolejny tomik
poezji. W jej imieniu składa okolicznościowe wizyty u znajomych, bo Magda tego
nie cierpi. Od czasu do czasu lubi jednak sprowadzać ją na ziemię. Mimo tego
Magda Umer nie żałuje, że wkrótce po tym jak poznała Andrzeja, modliła się w
duchu, by nikogo w życiu już nie pokochać tak jak jego.
-
Jest takie powiedzenie, by brać życie w swoje ręce, umieć walczyć o swoje i
wychodzić naprzeciw czemuś, czego się bardzo chce. Ciągle mi się wydaje, że z
jednej strony wychodziłam naprzeciw czemuś, czego chciałam, ale życie toczyło
się jakimś drugim torem. Oczywiście dawałam mu na to przyzwolenie, bo zawsze
mogłam powiedzieć, że nie idę do żadnego teatru, nie jadę do telewizji, nie
interesuje mnie wywiad w radio. Będę siedziała w bibliotece na Koszykowej i
czytała książki. I choć to czytanie książek do dzisiaj jest dla mnie
interesujące, to jednak parę innych rzeczy okazywało się równie ciekawych.
Miałam ciekawe życie i wydaje mi się, że umiem to docenić. A czy to, co
zrobiłam, przetrwa jakiś czas? Nikt tego nie wie. Pamiętam taki film o Indiach,
gdzie powstawały piękne dywany układane z kwiatów albo piasku. Mogły istnieć
chwilę, ale te chwile były piękne. Czuję się takim ziarenkiem piasku.
SZUKAM,
ŻEBY NIE ZNALEŹĆ...
Ciągle
próbuje coś w sobie zmienić, ale jak mówi są to marzenia ściętej głowy.
Nie wie jaki ma zawód. W dokumentach pisze: piosenkarka, reżyser,
scenarzystka.
Nie umiem odmówić Ci czegokolwiek
Ja... po łacinie Ego Męczący ocean komplikacji.
W
głębi duszy.. boję
się tam zaglądać
Moje
serce... jest
niestety schorowane.
Wolałabym
być... szczuplejsza,
spokojniejsza, mądrzejsza, zdrowsza, ale już niekoniecznie młodsza.
Gdy
patrzę w lustro... na
szczęście zaczynam słabo widzieć, ale podczas jednego z takich spojrzeń w
lustro wymyśliłam następujący aforyzm:, Kiedy kobieta robi się starsza,
to wszystko się w niej pogarsza.
Jestem
kobietą... mimo
wszystko, nie zawiedzioną
Uroda... tytuł miesięcznika dla kobiet, który pozwala mi kupować mój surowy i bardzo oszczędny mąż, ponieważ pisują tam trzy kobiety, które lubi szczególnie. (tzn.: Magda Czapińska, Zuzia Łapicka - Olbrychska, Krystyna Janda)
Mój
styl... ekologiczna
abnegatka. Najlepiej czułabym się w pidżamie M Białowszewskiego albo w
kufajce B Hrabala.
Gdybym
mogła coś w sobie zmienić... Ciągle
próbuję, ale to chyba marzenia ściętej głowy.
Imponują
mi kobiety, które... Są
eleganckie z natury a nie obowiązku, bogactwa czy nudy. Taką kobietą jest na
przykład Alicja Wirth Przybora i Weronika Olbrychska.
Najlepszym
kosmetykiem są dla mnie... może
najmilszym, bo chyba nic już mi nie pomoże. A najmilsze są glony na twarzy.
Najbardziej
mi żal... tej
zachłannej ochoty ma życie, którą kiedyś miałam.
Kiedyś
byłam... pełna
energii.
Dziś
jestem... jak
balonik Kłapouchego.
Czas
mnie uczy... pokory.
Mam
talent... do
komplikowania nieskomplikowanych spraw.
Lubię
siebie za... dystans
do siebie.
Samotność...
jest
dla mnie czymś tak naturalnym jak stan nieważkości u kosmonauty.
Największym
autorytetem jest dla mnie... natura,
przyroda. Warto jej słuchać i bardzo się z nią liczyć
Drzewa
są dla mnie... kimś
tak bliskim jak ludzie... czasem nawet bliższym... W poprzednim wcieleniu byłam
chyba jarzębiną.
Świat
wokół mnie... to
malutki brzozowy las i łąki pełne zjawiskowej nawłoci, po której chodzą bażanty.
Uciekam
od... hałasu.
Mój mózg tego nie toleruje.
Nigdy
nie przestanę marzyć o... spokoju.
Mój
dom ... jest
moją opoką, niestety ciągle jeszcze nie spłaconą, ale są większe nieszczęścia
w życiu.
Jak
ognia unikam... wścibskich
ludzi.
Najlepiej
czuję się w ... saunie
parowej i bardzo ciepłym morzu. Może to być morze Martwe. W ubiegłym roku po
kąpielach w nim, zmartwychwstałam.
Moje
nerwy... bez
przerwy, bez przerwy.
W
trudnych momentach... mówię
sobie, trzeba się leczyć i być dzielną.
Lubię...
robić
zdjęcia. Rzadko rozstaję się z aparatem. Miałam nawet własną wystawę
fotograficzną w galerii „Magic Media”, po której mąż kupił mi nowy
wspaniały aparat.
Kocham...
Życie
Uwielbiam...
tort
o nazwie Jojo, który można dostać w cukierni w Milanówku. Słów brakuje, by
opisać tę rozkosz kulinarną.
Nie
znoszę... RMG,
MK HJ, ZW i kilku jeszcze osób niestety.
Może
to śmieszne, ale...
coraz mniej rzeczy mnie śmieszy a tak uwielbiam się śmiać.
Poczucie
humoru... to
moje panaceum, mój kapok, moja ostatnia deska ratunku.
Smutek...,
który
mnie czasem dopada, jest moją zmorą, z którą walczę ze zmiennym skutkiem.
Wierzę...
w
istnienie dobrych i porządnych ludzi.
Moja
dewiza życiowa brzmi... nie
mam dewizy życiowej, a nawet jeżeli czasami wydaje mi się, że mam, to ona w
ogóle nie brzmi, ponieważ nawet nie próbuję jej wyartykułować. Siedzi
sobie w moim środku. Ale uwielbiam dewizę Andrzeja Poniedzielskiego, która
brzmi: Jedynie ważny klucz w jedynie słusznej sprawie, tworzą żurawie...
Wstyd
się przyznać... ale
prawie nie znam nut.
Wszystko
można o mnie powiedzieć tylko nie to, że... jestem
wybitną wokalistką, i że lubię udzielać wywiadów.
Kabaret
Stodoła... przyniósł
mi szczęście. Do dziś mam w oczach te tłumy walące na nasze przedstawienia
i wielką postać bramkarza Maćka Jankowskiego, przy którym niczego się nie
bałam. Dzisiaj jest on słynnym politykiem, jednym z niewielu, których się
nie boję.
Przyjaciele
z młodości...
zajmują bardzo ważne miejsce w moim sercu. Często o nich myślę.
Mam
wielki sentyment do... dużych
drzew i małych dzieci.
Gdybym
nie została artystką... to
zostałabym nauczycielką języka polskiego i wszyscy moi uczniowie wiedzieliby,
że mam bzika na punkcie poezji Bolesława Leśmiana.
Moje
piosenki...
przypominają mi całe moje życie.
Kiedy
widzę siebie na ekranie... nie
mogę nadziwić się własnej śmiałości.
Dzieciństwo...1949
– 1956, skomplikowane jak te daty, które wymieniłam.
Najmilej
z tego dzieciństwa wspominam: 1. Moje podwórko, 2. fortepian, w którym miałam
swoją skrytkę na różne bardzo ważne kamyki i notatki, 3. Treningi
gimnastyki przyrządowej na Legii.
Moja
mama... była
śliczna, biedna i bardzo sama.
Mój
ojciec...
Był przystojnym, inteligentnym, bardzo utalentowanym i bardzo smutnym mężczyzną
o najpiękniejszym uśmiechu jaki znam.
Człowiek,
którego kocham... to
piosenka mojego życia ale także mój brat.
Gdy
miałam 17 lat...
był rok 1966, a ja byłam szczęśliwą dziewczyną. Miałam już chłopaka
i chodziłam do 10 klasy.
Pierwsza
miłość... Pamiętam
jak przez mgłę, ale dzięki niej zdałam maturę z matematyki i mam syna
Mateusza, który skończył już 20 lat.
Nie
udało mi się w życiu... nie
zranić kilku bliskich osób.
Mój
największy sukces to... rzucenie
palenia 13 lat temu.
Do
furii doprowadza mnie...
wiatr halny w Zakopanem i pedanteria mojego męża.
Na
moim biurku... ja
dokładnie wiem gdzie co leży a mój mąż nie ma pojęcia skąd ja to mogę
wiedzieć. Poza tym pięćdziesiąt razy dziennie powtarza mi, żebym coś równo
położyła, powiesiła, odłożyła, bo wszystko ma swoje miejsce. TYRAN!
Moi
bliscy... mają
swoje światy i wiele dla mnie wyrozumiałości.
Miłość...
Nie wiem co to jest miłość. Jonasz Kofta napisał kiedyś dla mnie piękną
piosenkę na ten temat: Co to jest miłość/ nie wiem/ ale to miłe/ że chcę
go mieć dla siebie/ na nie wiem ile...
Kobieta
i mężczyzna...
cóż to za komplikacja!
Małżeństwo...
to
coś, co nakazał mi Pan Bóg na czas wczesnej starości. Na szczęście
podarował mi też bardzo nie małżeńskiego małżonka. Dzięki temu obydwoje
cały czas czujemy się ludźmi wolnymi a to jest błogosławiony stan dla
uczucia.
Moi
synowie... ach
słów brakuje... kocham ich i mam za co ich kochać... Mateusz jest studentem
trzeciego roku geologii a Franek uczniem szóstej klasy.
Szczęście
to... brak
nieszczęść
Cieszę
się jak dziecko... gdy
wygrywam z moim synem Frankiem w ping-ponga. Z Mateuszem nie wygrywam a chciałabym.
Macierzyństwo
jest dla mnie... nagrodą
za istnienie.
Codziennie
rano... wydaje
mi się, że śnię. Mam taki niezwykły widok z okna. sypialni Łąka i las na
horyzoncie.
Nie
mogłabym żyć ... bez
Radiowej Trójki.
Moja
ulubiona pora... to
pora snu. W sypialni jestem wierna Morfeuszowi, to on mnie czasem zdradza
niestety.
Przed
snem... czytam
i przekwitam. Te rymy są silniejsze ode mnie
Jestem
uzależniona... od
słodyczy niestety.
Jeśli
chodzi o seks...
bardzo przyjemne Plusqamperfektum.
Najbardziej
seksy w mężczyźnie... jest
dla mnie wdzięk i poczucie humoru na temat seksu.
Ideałem
mężczyzny jest dla mnie... nie
mam odwagi odpowiedzieć na to pytanie.
Chętnie
zjadłabym kolację z ... z
panem J Giedroyciem i A Wajrakiem. Jak marzyć to marzyć...
Ulubiony
film... Spaleni
słońcem Nikity Michałkowa.
Ulubiony
reżyser... Woody
Allen. Chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego.
Chciałabym
poznać osobiście... A
Marianowicza, ks. J Twardowskiego, J Tischnera, i J Turowicza.
Mój
zawód... Nie
umiem wypełnić takiej rubryki. W dokumentach mam piosenkarka, scenarzysta i reżyser.
Stała
praca... Na
szczęście nie mam o niej pojęcia, choć wiem, że innym ludziom daje poczucie
bezpieczeństwa.
Moja
największa wada... brak
wiary w sens jakichkolwiek poczynań artystycznych.
Zaleta...
To, że jeśli już się zdecyduję na jakieś poczynania to żyję tylko tym i
oddaję się temu bez reszty.
Całe
życie szukam... tak,
aby nie znaleźć.
Mój
znak zodiaku. ... 9
X 1949 a więc waga. Do tej wagi nie przywiązuję większej wagi.
Gdybym
mogła sobie na to pozwolić... wyjeżdżałabym
na zimowe miesiące do ciepłych krajów razem z bocianami i razem z nimi wracałabym
na wiosnę.
Podróże...
Chciałabym
na przykład znaleźć się w Indiach i ćwiczyć jogę w którymś z aszramów.
Wielki
świat... staje
się coraz mniejszy.
Nie
umiem żyć bez... umiem
żyć bez.
Największą
wartość ma dla mnie... przyjaźń
na dobre i na złe. Przyjaciele to coś co mam najcenniejszego w życiu.
Najbliższą
mi osobą jest... kilka
osób.
Zawsze
mogę liczyć... na
Ciebie męczyduszo.
Najbardziej
męczy mnie... czekanie
na wzięcie się w garść wtedy gdy, jak to ładnie powiedział pewien
psychoterapeuta, nie mam tej garści.
Boję
się... dużo
krócej trwałoby powiedzenie czego się nie boję. Chciałabym, żeby
wynaleziono jakąś pigułkę, żeby nie czuć lęku.
Wpadam
w rozpacz... jak
śliwka w kompot.
Najchętniej
słucham... Jazzu.
Jak balsam działa ma mnie Nat King Cole, Billie Holiday, Nina Simone, a
ostatnio Diana Krall. Jak ta kobieta śpiewa.
Podziwiam...
ludzi,
którzy pięknie grają na fortepianie.
Moje
ulubione książki... jest
ich za dużo, żeby wymieniać.
Największe
wrażenie zrobił na mnie... Kabaret
Starszych Panów, gdy byłam małą dziewczynką.
Moim
mistrzem jest... J
Przybora, B Leśmian, W Szymborska, I B Singer,
M Białoszewski, W Allen, F Felini, M Anioł, L da Vinci. Na szczęście
jest z czego wybierać.
Najbardziej
mnie wzrusza... młodość
wszystkiego.
Najlepsza
rzeczą jaka mi się ostatnio przydarzyła... mojej
suce Łyżwie urodziły się cudne szczeniaczki. Patrzę na to maleńkie życie
godzinami. Siedzę i gapię się jak w telewizor. Ojcem jest niejaki Bambus, który
pilnuje domostwa. Ona prawie wyżeł, on prawie wilczur.
Mam
nadzieję, że... lato
będzie ciepłe, słoneczne i że nie będzie wojny.
A
mnie się marzy... żeby
na dachu mojego domu gniazda uwiły sobie bociany.
Gdy
idę ulicą... to
rozumiem co poeta Muniek Staszczyk miał na myśli pisząc, że wiosna spaliną
oddycha.
Chciałabym
kiedyś... Uf
wreszcie mam jakąś tajemnicę. Nie powiem.
Mam
żal do losu. To
musiał by być elaborat. Dajmy sobie spokój.
Gdy
dzwoni telefon... robię
wszystko, żeby odebrali go inni domownicy, bo boję się, że znowu każą mi
gdzieś występować, albo udzielać wywiadów.
Kariera...
mała
rzecz ja cieszy.
Popularność...
mała
rzecz a nie cieszy.
Pieniądze...
mała
rzecz a cieszy nieprzyzwoicie. Pieniądze dopiero teraz są mi potrzebne jak
nigdy. Patrz hasło Mój dom...
Polityka...
niby
nie znoszę, niby się nie interesuję, a jednak nie sposób od tego wszystkiego
uciec. Przejmuję się wieloma rzeczami dotyczącymi polityki.
Gdy
będę staruszką... postaram
się jak najczęściej uśmiechać i podśpiewywać wesołe jest życie
staruszki. Myślę, że od nikogo się tak nie ucieka jak od zrzędliwych,
wiecznie jęczących i narzekających na cały świat, skupionych na sobie i nie
starających się zmienić. Jeśli ja mam być taka to niech staruszki nie
doczekam.
Myślę,
że Bóg... ma
strasznie dużo kłopotów.
Po
tamtej stronie... powinno
coś być na Miłość Boską.
Złota
rybko... tyle
mi dałaś, że nie śmiałabym już prosić o cokolwiek. Może tylko o
zlikwidowanie alergii na kota, bo nie mogę go mieć a bardzo bym chciała. Całuję
cię w welon złociutka.
Jest
takie miejsce... do
którego udam się z Tobą na autoryzację tej zabawy. Nazywa się ono
restauracja Japońska. Ostrzegam, najdroższa w Stolicy.
Na
razie... pozdrów
Kazię a jak się uda to Robin Hooda. Tak żegnają się ze sobą moi synowie.
Dlaczego mnie nie zapytałaś o... Stop. Żadnych pytań więcej, idziemy na japońską zupę z glonów.