Juliusz Krzyżewski
Grześ
(Jankowi Twardowskiemu)
Matka wołała:-Grzesiu!...
Siostra mówiła:-Grzegorzu...
(Konie na łące płyną
we mgle i w trawach, jak w morzu...)
Matka płakała:-Za późno...
Siostra biegała z krzykiem...
(Kare, kasztany i siwe,
konie , konie , koniki...)
Snadź oszalały spętane!
(Kto by to mógł pomysleć?...)
Wiatr w pyskach niosą jak siano,
płyną łąką ku Wiśle.
(Niech na wieś biegnie stajenny!)
-Ludzie, ratunku , ludzie!...
(Lampę na ganek wystawić
i służbę trzeba zbudzić.)
Obie wznosiły ramiona,
to znów cicho płakały...
Schylały twarze przyćmione
i dotykały ciała...
A jemu jeszcze się śniło,
- wiatraki gwiazdy mielą
i młynarz na skrzydłach wisi,
niby Jezus w kościele...
I Wisły piaszczystą drogą
(Po co płacz i bieganie?)
kare, kasztany i siwe
płyną prosto do stajni.
Siostra szeptała:-Grzegorzu...
Chciała powieki mu wznieść...
A matka szlochała:- Grzesiu,
Grzegorzu, Grzesiu, no ...Grześ...
(1937 rok)
Jeremiemu,bo środa i bo
rozmawialiśmy o przyjacielu,który zginął w czasie Powstania
Warszawskiego...ale zanim zginął chciał zostać poetą...
