Stanisław Baliński
"Drugie imię samotności"
Jakże miło czasami jest odejść od ludzi
i powitać samotność wśród rozmyślań
rzewnych,
Kiedy się ma w pobliżu dom, przyjaciół,
krewnych,
Do których można wrócić, gdy samotność
znudzi.
Sławili ją poeci wszystkich prawie czasów
I dobierali do niej najcieńszych atłasów,
A ludzie , dotykając tych słów atłasowych,
Wzruszali się ich pięknem i schylali głowy.
Lecz jest inna samotność, bez łez i uczucia,
Samotność, która nie zna widzów i współczucia,
I która świat jak otchłań bez celu odkrywa,
Byś w nią patrzał jak w lustro.Samotność
prawdziwa.
W jakimś obcym hotelu, na którymś tam piętrze,
Szorstki stół i list na nim:oto-pustki wnętrze.
Noc zasłania dokoła sens życia prawdziwy,
A jedynym jej głosem- to szept nieszczęśliwych,
Płynący z niekończących się kresów
cierpienia,
Wieczyście połączonych z zagadką istnienia.
"Ratunku"- wołasz, dziwiąc się własnemu
słowu
I chwytasz za słuchawkę.I odkładasz znowu.
Bo nie ma kogo wezwać, nie ma po co wzywać.
Ach , nie ma nawet przed kim nędzy swej ukrywać
I nie ma jak się ocknąć, i nie ma jak zasnąć
chyba czasu mijaniem odetchnąć i zgasnąć.
I oto w takie noce bez Ojca i Ducha
Ktoś przystaje pod drzwiami i trzy razy puka
I wolno drzwi otwiera, i staje u proga.
To ona właśnie przyszła:nieładna, niemłoda.
Spoglądasz na nią z lękiem, co puls rwie na ćwierci.
Czy wiesz ,jak jej na imię?Młodsza siostra śmierci.
Jeremiemu, bo środa.
