STRÓJ

 

Miała w sadzie strój bogaty malowany w różne światy

Że gdy w nim się zapodziała niewędrując wędrowała

strój koloru murawego a odcienia złocistego

Murawego dla murawy złocistego dla zabawy

 

Zbiegło się na te dziwy aż stu płanetników

Otoczyli ją kołem nie szczędząc okrzyków

Podawali ją sobie z ust do ust jak czarę

Pójmy duszę tym miodem co ma oczy kare

Podawali ją sobie z ust do ust na zmiany

słodką wargą potłoczyć taki krzew różany

Porywali ją na raz w stu pieszczot zawieję

Dziej się w Tobie to samo co i w nas się dzieje

 

Dwojgiem piersi ust głodnych karmiła sycinę

Nikt tak słodko nie zginął jak ja teraz ginę

Szła pieszczota koleją

Dreszcz się z dreszczem mijał

Nim jeden wypił do dna już drugi nadpijał

kto oddawał dech chwytał a kto brał dech tracił

A kto czekał za długo rozumem przypłacił

Za to szalał i stał się nieznany nikomu

Gdy ona jeszcze mdlejąc wracała do domu

 

Miała w oczach  ich zamęt w piersiach ich oddechy

I płonęła na twarzy od cudzej uciechy

jakiż wicher warkoczy w świat ci rozwierszył

Ach to strzelec to strzelec w polu mnie ogłuszył

co za dreszcz Twoim ciałem tak żarliwie miota

Śniła mi się w śródlesiu burza i pieszczota

Mać ją płacząc wyklęła

Ojciec precz wyrzucił

siostra łokciem skarciła

A brat się odwrócił

A kochanek za progiem z pierścieni ograbił

I nie było nikogo kto by jej nie zabił

I nie było nikogo kto by nie był dumny

Że ją przeżył gdy poszła wraz z hańbą do trumny

 

Tylko Bóg jej nie zdradził i ślepo w nią wierzył

I przez łzy się uśmiechał że w niebie ją przeżył

Ty musisz dla mnie poledz na śmierci wezgłowiu

A ja muszę dla Ciebie stać na pogotowiu

Ty pójdziesz tą doliną gdzie ustaje łkanie

A ja pójdę tą górą na Twoje spotkanie

Ty opatrzysz me rany ja Twych pieszczot ciernie

I będziem odtąd w siebie wierzyli bezmiernie

 

Miała w trumnie strój bogaty malowany w różne światy

Że gdy w nim się zapodziała niewędrując wędrowała

strój koloru murawego a odcienia złocistego

Murawego dla murawy złocistego dla zabawy