Portal ludzi wartościowych
- rozmowa z Magdą Umer
„Nic tak człowieka nie męczy/ jak życie
bez poręczy“ – nikt takiego dwuwiersza nie napisał, a ponieważ okazał
się mi niezbędny do tego pytania, musiałem wymyślić go samemu. A to
dlatego, że Pani działalność artystyczna, dziennikarska i estradowa jest
dla mnie jak poręcz, na którą zawsze można liczyć. Co jest nią dla Pani
w świecie, który zapomniał, że oprócz zmian, człowiekowi do szczęścia
równie potrzebny jest ich brak?
Swój wielki wiersz zatytułowany „Niektórzy lubią poezję“ Wisława
Szymborska kończy zwrotką: „(...) tylko co to takiego poezja./ Niejedna
chwiejna odpowiedź/ na to pytanie już padła./ A ja nie wiem i nie wiem i
trzymam się tego/ jak zbawiennej poręczy“.
Ja także lubię nie nazywać wszystkiego co czuję, nie zapinać niczego na
ostatni guzik. Bardziej nawet lubię domyślać się, niż wiedzieć na pewno.
Lubię mieć dużo miejsca na wyobraźnię.
Żyję w kokonie, w świecie, który sobie tkam, jak jedwabnik; z rónych książek,
wierszy, piosenek, obrazów. To jest rodzaj nieprzyjmowania do wiadomości
zmieniania się świata na gorsze. Możliwy dzięki temu, że istnieje - jakże
inny od tego codziennego - świat sztuki, a także świat natury.
Andrzej Woyciechowski, Pani szkolny kolega,
autor wykonywanej przez Panią piosenki „Już szumią kasztany“, powiedział:
„Magda uważała, że śpiewanie nie może być poważnym sposobem na życie“.
Jak więc wytłumaczyć to, że śpiewanie stało się tak ważną częścią
Pani życia?
Nie mam pojęcia (śmiech). To jest jedyna szczera
odpowiedź. Oczywiście lubiłam śpiewać piosenki jako dziecko i potem jako
dziewczyna, natomiast do głowy mi nie przyszło, że to będzie mój zawód.
Nawet gdy już śpiewałam w klubach studenckich, wydawało mi się, że to
tylko zabawa i że kiedy skończę studia, podejmę normalną pracę i zacznę
żyć jak dorosły człowiek. W wywiadach opowiadam prawdziwą historię o
epidemii cholery, która miała miejsce podczas mojego pobytu we Włoszech i
która spowodowała, że nie mogłam wrócić do Polski na rozpoczęcie roku
szkolnego i zacząć uczyć w liceum Gottwalda, gdzie czekał na mnie etat.
Jednak prawda jest i taka, że gdybym bardzo chciała pracować jako
nauczycielka, to od następnego roku starałabym się o etat w innej szkole.
Tymczasem zaczęłam pracować w telewizji - nie jako piosenkarka, ale jako młodszy
redaktor - i wciągnął mnie ten świat i twórcze życie. Wtedy w telewizji,
jako starszy redaktor pracowali na przykład Jeremi Przybora i Stefania
Grodzieńska!
I do dziś, zamiast języka polskiego w
liceum Gottwalda, uczy Pani wrażliwości i myślenia. I języka polskiego też...
Takie na starość mam wrażenie (śmiech), że w jakimś sensie nauczycielką
jednak zostałam. Szczególnie odkąd prowadzę moją stronę internetową.
Tylko klasa jest dużo większa!
Czy ma Pani za złe losowi tę drobną, choć
znaczącą korektę w Pani planach?
Dzisiaj jestem bardzo wdzięczna losowi, ale w
przeszłości były okresy, kiedy ten los przeklinałam. Moje życie potoczyło
się za szybko, za intensywnie, za wiele się w nim działo. Zrobiło się za
kolorowe jak na te kilka barw, które by mi zupełnie wystarczyły. Nie byłam
psychicznie przygotowana, żeby nagle stać się wibrującym trybikiem w
maszynie. Zawsze chciałam mieć dużo czasu, wolności i powolności.
Niespieszenie się przywraca mi wewnętrzny spokój, koi moje nerwy, które
nie zawsze są w najlepszym porządku. Były takie okresy, kiedy w ogóle
przestawałam występować. Potrzebowałam ciszy i spokoju.
Wyznała Pani nawet, że z tego powodu, że
stoi na scenie, czuje się nieszczęśliwa.
Tak było. Adam Hanuszkiewicz mówił, że rasowy aktor to jest człowiek, który
czuje szczęście w nogach już tylko z tego powodu, że stoi na scenie! I jak
ja miałam uprawiać ten zawód, czując dokładnie coś odwrotnego...
Moje nogi i cała reszta na scenie były nieszczęśliwe. Ale jednak stałam
na niej przez lata, ponieważ jestem osobą odpowiedzialną. Jeżeli się już
do czegoś zobowiążę, to się z tego wywiązuję. Chociaż wiem, że kiedy
jakaś praca jest dla mnie mniej męcząca, to mogę więcej z siebie dać
ludziom.
Jeremi Przybora powiedział kiedyś do Pani:
„Niektórym się wydaje, że pani udaje kogoś innego, niż jest w
rzeczywistości, bo nie mogą zrozumieć, że jest pani tak nienaturalnie
naturalna“...
(śmiech) On uważał, że nikt nie uwierzy, że taka osoba istnieje na tym świecie.
Ta postawa kontrastuje z dzisiejszą
tendencją, zgodnie z którą każdy chce być w oczach innych młodszy, ładniejszy
i bogatszy niż jest naprawdę, a jedną z nielicznych imponująco rozwijających
się sztuk jest sztuka udawania. Jak wyjaśnić ten fenomen naturalności, tak
ujmująco uchwycony w piosence „Dla Ciebie jestem sobą“, że Pani dla
innych jest sobą?
Po prostu nie jestem aktorką. Myślę, że gdybym
się zmusiła, to bym tą aktorką była, ale się nie zmusiłam. Od dwóch
lat występuję z Andrzejem Poniedzielskim w przedstawieniu „Chlip-hop“ i
w jakimś sensie gram, że gram siebie. Tak jest we wszystkich
przedstawieniach, które reżyseruję i w których uczestniczę z aktorami.
Wymyślam sobie dla siebie rolę siebie. Rolę, która pozwala mi nie udawać,
tylko być tym kimś, kim jestem w danym momencie swojego życia. To mi bardzo
pomaga i w mówieniu tego, co myślę i w milczeniu o tym, o czym nie chcę mówić.
Mimo, że kocham aktorów, wiele lat z nimi pracowałam i dużo im zawdzięczam,
to nie mogłabym zostać aktorką, ponieważ mnie samej jest za dużo. Składam
się z kilku skomplikowanych osób i gdybym jeszcze zagrała jakieś inne
osoby, którymi nie jestem, mogłoby się to skończyć dłuższym pobytem w
szpitalu.
Agnieszka Osiecka powiedziała: „Człowiek
wkradając się do repertuaru Magdy konkuruje z Wisławą Szymborską, Haliną
Poświatowską, Tadeuszem Kubiakiem, Bolesławem Leśmianem, Jeremim Przyborą.
To wysokie progi, bo Magda w doborze piosenek jest bardzo wybredna“. Czy ta
wybredność należy do szczególnie rozwiniętych cech w Pani charakterze i
podejściu do życia?
Jeśli chodzi o to, czym mam się w życiu zająć,
to myślę, że tak. Los dał mi to szczęście, że nie musiałam albo nie
chciałam nigdy niczego robić dla chleba lub z konieczności. Zawsze miałam
co jeść, gdzie spać, a nie czułam przymusu bycia na przykład osobą bogatą.
Dlatego mogłam sobie na tę wybredność pozwolić. Natomiast Agnieszka między
innymi dlatego tak uważała, że gdy byłam młodziutką dziewczyną, chciała
dla mnie pisać piosenki, a ja odrzuciłam jej kilka tekstów.
Powiedziałam, że mi się nie podobają...
Myślę, że mogła być Pani pierwszą osobą,
która tak powiedziała Agnieszce Osieckiej.
Może i pierwszą, i ostatnią. Ją to pewnie zabolało i zniechęciło na
jakiś czas, ale może bardziej jeszcze zaszokowało, że ktoś jej tak
powiedział. Myślę, że Agnieszka wyjęła wtedy z szuflady gorsze teksty,
bo pomyślała, że nadadzą się w sam raz dla młodej dziewczyny. Po kilku
latach, w 1977 roku, na szczęście napisała dla mnie piosenkę „Widzisz mały,
jak to jest“. A co do wybredności, to uważam, że świat jest tak zaśmiecony
cywilizacją - a sztuka również jest jej fragmentem – i jest wszędzie
tyle dźwięków, obrazów, słów i takie ilości papieru już nagryzmolono różnymi
literami, że nie ma sensu paplać bez przerwy i o wszystkim. Jeżeli już
cokolwiek robić, to wtedy, kiedy jest to coś olśniewającego, odkrywczego
lub po prostu pięknego czy mądrego, w dziedzinie sztuki, nauki, idei.
Dlatego staram się milczeć, kiedy nie mam nic ważnego, dowcipnego czy pięknego
do powiedzenia. I wtedy słucham, co mądrego mówią inni. Albo czytam.
Zawsze ujmuje mnie Pani postawa wobec dzieci
– nie tylko swoich. Jest w niej, oprócz zachwytu, docenienie i zrozumienie
wartości i ważności dziecka jako człowieka. Istotę tego najpiękniej
uchwyciła Wisława Szymborska w wierszu „Może to wszystko“: „(...) Oto
mała dziewczynka na wielkim ekranie/ przyszywa sobie guzik do rękawa./ (...)
Ach cóż to za istotka/ z bijącym w środku serduszkiem!/ Jaka wdzięczna
powaga/ w przewlekaniu nitki!/ Ktoś woła w uniesieniu:/ zawiadomić Szefa,/
niech przyjdzie i sam popatrzy!“. Czego Pani zdaniem uczą nas dzieci?
Dzieci uczą nas wszystkiego, co najlepsze. Oprócz
tego, że uczą nas niezmierzonych pokładów cierpliwości, które trzeba i
warto do nich mieć. Ta cierpliwość niezwykle się opłaca. Mnie było łatwo
być dobrą matką, ponieważ miałam nietrudne dzieci. Bardzo szybko stały
się moimi partnerami w rozmowach jako ludzie, a nie jako dzieci. Kiedy Franek
miał sześć lat był dla mnie człowiekiem, z którym po prostu lubiłam
sobie po południu porozmawiać. A znam ludzi, którzy kochają swoje dzieci,
ale to jest bolesne uczucie, bo one są trudne, krnąbrne, niedobre,
skomplikowane, zbyt zamknięte. Ja nie miałam takiego problemu. Przez całe
życie dzieci do mnie lgnęły, nie tylko moje i także te starsze, czy będące
ludźmi w pana wieku i to jest moim niebywałym szczęściem. Myślę, że tak
jest dlatego, że traktuję je z ogromnym szacunkiem i wielką czułością.
Uważam, że - jak powiedział Maksym Gorki - dla dzieci należy pisać tak
samo jak dla dorosłych tylko lepiej. Trzeba je zawsze traktować jako
nadzwyczajne zjawiska, które mają przed sobą więcej czasu niż my i dzięki
temu mogą zobaczyć jeszcze więcej i zrozumieć jeszcze lepiej. A przy tym
cieszą nasze starzejące się oczy swoimi młodymi oczami i nasze starzejące
się dusze swoimi młodymi duszami. Uwielbiam dzieci w każdym wieku, bo
czasami dzieckiem jest ktoś bardzo dorosły.
Na przykład ktoś, kto ma świadomość istnienia
pewnej prawdy: bez dziecka w sobie niczego dobrego nie zrobię.
Ja mam w sobie cały czas właśnie nie dziewczynę, tylko dziewczynkę.
Bardzo się z nią przyjaźnię. Jest ona we mnie tak żywa i silna, że to już
mieści się na granicy patologii.
Powiedziała Pani o swojej postawie wobec
Boga: „(...) Z nikim nie rozmawiam tak często jak właśnie z Nim, a
jednocześnie bardzo często wątpię w Jego istnienie. Pragnę, aby Był, ale
nie jestem osobą religijną.“
Moja mama uważała, że Boga nie ma, chociaż w dzieciństwie była bardzo
religijna; potem powiedziano jej, że religia to opium dla ludu i ona w to
uwierzyła. Natomiast tata mówił: mnie się wydaje, że Boga nie ma, ale uważam,
że trzeba żyć tak jakby był. Dał mi w ten sposób podstawową wskazówkę,
że sumienie cały czas towarzyszy człowiekowi. Ja to właściwie zawsze czułam,
ale szczególne znaczenie miało to, że usłyszałam o tym od kogoś, kto był
dla mnie Opoką. Z kolei Jeremi miał inną postawę. Mówił: jestem człowiekiem
nie tylko niewierzącym, ale głęboko niewierzącym. Po śmierci jego żony
Alicji, bardzo często odwiedzałam go w szpitalu, bo bez przerwy na coś
chorował. Pamiętam, że kiedyś przyszedł do niego ksiądz. I Jeremi
poprosił, żeby duchowny opuścił salę. Nie chciał mieć z nim nic wspólnego.
A jako 86-letni mężczyzna wypowiedział w filmie biograficznym, który o nim
nakręcono, nieprawdopodobne zdanie: „nie zależy mi na Bogu“.
Z kolei w filmie, który o nim ja zrobiłam wcześniej, mówił, że na niektórych
spada łaska wiary, a na niektórych nie. W młodości miał nieszczęście
spotkać dwóch głupich księży, którzy go kompletnie zniechęcili do Boga.
Jego tata, choć był kalwinem, nie praktykował żadnej wiary. W domu, oprócz
tradycji świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy, nie znalazł żadnych przykładów
religijności. Jednym słowem nie wierzył i od najmłodszych lat miał na ten
temat poważne wątpliwości. Natomiast jego postawę, to wszystko, co dał
ludziom w swojej twórczości, a także to niebywałe zdanie, że nie zależy
mu na Bogu, próbuję sobie tak wytłumaczyć:
Poeta Jeremi Przybora, znający wagę tego, co napisał, porusza przed
obliczem Absolutu fundamentalną kwestię: Panie Boże, uważam, że Cię nie
ma. Ale jeśli nie mam racji i Jesteś, to przeczytałeś wszystko co napisałem
i wiesz jaki mam stosunek do ludzi i ich słabości, do przyrody, do miłości,
do poczucia humoru, do ojczyzny, do polityki, do przemijania, do Wszystkiego.
Proszę bardzo, to są moje teksty - MOJE ODROBIONE LEKCJE - a Ty powystawiaj
mi oceny.
Często zdarza się tak, że najgoręcej niewierzący pod koniec życia jednak
łakną wiary; mają potworny lęk przed upadkiem w tę czeluść. I kiedy
rozmawiając z Jeremim w ostatnim tygodniu jego życia, mówiłam mu, że może
tam spotka swoją ukochaną Alicję, usłyszałam od niego wstrząsające
wyznanie: „Moim zdaniem jest tylko nicość. Zresztą wolałbym, żeby Tam
nic nie było. Żeby już był tylko spokój.“
...Kiedyś tak pięknie powiedział, że życie jest pułapką. Jeżeli już
się w nią wpadło, to jest tylko jeden sposób na zakończenie. Dodał, że
jest bardzo wdzięczny losowi za urządzenie swojej pułapki. Umiał życiu
dziękować. I wiedział, że ma za co być wdzięcznym.
Postawa godna Jego wierszy. Łatwiej być
dobrym człowiekiem głęboko wierzącemu niż głęboko niewierzącemu.
Jestem pana zdania. Z Jeremim różni mnie to, że od wczesnego dzieciństwa,
może z powodu choroby mojego brata, czułam wielką potrzebę istnienia Kogoś,
kto widzi jak wygląda prawda. Ale mam poważne problemy z religią, czy
raczej może z religiami. Niedawno uczestniczyłam w telewizyjnej dyskusji, w
której była mowa o różnych bogach. Najtrudniejsze do przyjęcia w
jakiejkolwiek religii jest dla mnie to, że nakazuje mi wiarę tylko w tego
Boga, a w tamtego nie. Dlatego nie jestem osobą religijną, choć spadła na
mnie łaska wiary. Wprawdzie jedna z moich przyjaciółek uważa, że to, że
tak myślę, jest zwyczajną chorobą psychiczną, ale to trudno, widocznie
jestem chora, razem z paroma milionami ludzi. Uwielbiam obserwować jak różne
religie dają dobro i piękno, ale z przerażeniem patrzę, jak te same
religie wywołują najstraszniejsze rzeczy, jakie mogą się między ludźmi
zdarzyć. Jeżdżąc po Indiach fascynowałam się koegzystencją rozmaitych
religii. Ludzie wierzący w zupełnie coś innego mieszkają obok siebie i
wcale się nie mordują, tylko sobie pomagają, choćby w noszeniu wody. A mają
trzysta tysięcy bogów, więc jest w czym wybierać. Nie rozumiem też niechęci
do osób niewierzących. Cudowna w tej kwestii była postawa księdza Jana
Twardowskiego. Mówił, że wierzącym jest sto razy łatwiej i powinni się
modlić za tych, którym nie dana jest łaska wiary, a którzy mimo jej braku
starają się swój pobyt na ziemi wypełnić jak najlepiej i być
przyzwoitymi ludźmi. Tych, co szczują, plują, bluzgają i nienawidzą się
tylko z tego powodu, że jeden wierzy w zielone, a drugi w niebieskie, trawi
ciężka choroba. W naszym kraju najbardziej przerażające jest to, że
wszyscy zaklinają się, że są wyznawcami Jana Pawła II, który cały czas
mówił o ekumenizmie, o zrozumieniu innego człowieka i innej religii, ale
nic z tej nauki nie pojmują. Są dwie metody walki z tą ignorancją:
wyszydzanie i wyśmiewanie, a zatem pogłębianie wzajemnej wrogości oraz
podejmowanie próby zrozumienia każdej osoby, jaką się spotka na swojej
drodze. Ja przyjęłam tę drugą metodę, tyle, że już pod koniec mojego zmęczonego
życia bardziej uciekam od ludzi toksycznych, ponieważ wiem, że nie damy
sobie nawzajem nic, tylko będziemy się niszczyć. Natomiast tym, z którymi
da się rozmawiać, staram się swoim postępowaniem uzmysłowić, że wszyscy
jesteśmy braćmi i siostrami, obojętnie czy w Chrystusie, Allachu, czy
Buddzie. Tworzymy człowieczą rodzinę, ale w ostatnim wieku dajemy o sobie
tak straszne świadectwo wobec innych, niżej usytuowanych zwierząt, że aż
strach pomyśleć, czym to się może skończyć.
Jaką postawę wobec wiary i religii przyjęły
Pani dzieci?
Wychowałam się w domu ateistycznym, ale chciałam,
żeby moje dzieci poznały Boga i wiedziały o Mojżeszu, Trójcy, krzaku
gorejącym, o tym wszystkim, o czym ja w młodości nie miałam pojęcia.
Przez pewien czas i Mateusz i Franek nie wychodzili z kościoła i już myślałam,
że zostaną księżmi, ale jak mieli 14 – 15 lat przestali do niego chodzić.
Okazało się, że kościół im nie pomaga i nie jest im potrzebny, jako pośrednik
między tym, co metafizyczne, a nimi.
Kiedy mój syn Franek wyruszał na wyprawę dookoła świata, chciałam mu dać
krzyżyk z Jerozolimy, „na szczęście“, ale powiedział, żebym go sobie
zatrzymała, bo jemu nie jest potrzebny. Franek znalazł się teraz w okresie
wielkich zmagań światopoglądowych. Zmagań najtrudniejszych, bo z samym sobą.
Chce zobaczyć jak wygląda świat, żeby go lepiej zrozumieć. Bardzo to
szanuję. Pamiętam, jak kiedyś przyszedł do naszego domu ksiądz po kolędzie
– akurat był u nas chłopczyk z Czarnobyla, którego po katastrofie w
tamtejszej elektrowni atomowej wzięliśmy na dwa miesiące do siebie – i
zaczął się o wszystko wypytywać. Wtedy wyszło na jaw, że u nas każdy
nosił inne nazwisko, nikt nie miał ślubu, wszyscy mieli dzieci z
poprzednich związków, po prostu jakaś paranoja. Ksiądz był niepocieszony
i zapytał, czy Mateusz, mój starszy syn, chodzi do kościoła, więc
odpowiedziałam, że właśnie przestał. I co pani o tym sądzi – drążył
coraz bardziej zaniepokojony ksiądz, a ja odparłam, że należy zostawić
Mateusza w spokoju, ponieważ sam musi zdecydować, jak postępować w kwestii
swojej wiary. Ksiądz był już w bardzo poważnym szoku. Na moje szczęście
spotkałam w życiu nie tylko takich księży dzielnicowych, ale też
otwartych i tolerancyjnych, którzy pozwalają mi wierzyć, że jeszcze są
duchowni traktujący swoje posłannictwo poważnie. I starają się ludziom
pomagać, a nie jątrzyć. Ach, gdyby u nas było więcej księży takich jak
Józef Tischner albo Jan Twardowski... rozmarzyłam się.
A gdyby okazało się, że Bóg jednak jest,
to co by Mu Pani pragnęła powiedzieć?
Nie powiedziałabym nawet słowa, ponieważ bym uważała,
że On wszystko wie. I tylko bym się do Niego przytuliła – och, jak ja bym
się do Niego przytuliła... Myślę, że Bóg ma twarz Jeremiego Przybory
albo mojego taty. Takie twarze mają najwspanialsi i najszlachetniejsi ludzie,
a takimi dla mnie oni byli. I jakbym się do Boga tuliła, to tak bym płakała,
aż do usmarkania. Jak mała dziewczynka... Jest taki wiersz Bolesława Leśmiana
pod tytułem „Urszula Kochanowska“. Stanowi jak gdyby dalszy ciąg „Trenów“
Jana Kochanowskiego, który pisał: „Wielkieś mi uczyniła pustki w domu
moim,/ Moja droga Orszulo, tym zniknienim swoim./ Pełno nas, a jakoby nikogo
nie było:/ Jedną maluczką duszą tak wiele ubyło.“ Leśmian pisze, że
Orszulka jest już w niebie i bardzo się cieszy, bo za chwilę mają przyjść
jej rodzice. Zamiata izbę, szykuje się na spotkanie z nimi, i: „Już świt
pierwszą roznietą złoci się po ścianie,/ Gdy właśnie słychać kroki i
do drzwi pukanie.../ Więc zrywam się i biegnę! Wiatr po niebie dzwoni!/
Serce w piersi zamiera... Nie!... To - Bóg, nie oni!...“. I ona jest
zmartwiona i nieszczęśliwa, bo to nie są rodzice, tylko Bóg! Wszystko zależy
od tego, w jakim momencie Bóg – jeśli miałby się objawić – się
objawi.
W rozmowie niedokończonych zdań, którą
przeprowadziła z Panią Magda Czapińska, kończąc zdanie „Gdy miałam
siedemnaście lat...“ powiedziała Pani: „...był rok 1966, a ja byłam
szczęśliwą dziewczyną. Miałam już chłopaka i chodziłam do 10 klasy“.
Co z tamtej osoby przetrwało w Pani do dziś, a czego w niej wtedy nie było,
a dziś jest?
Z tamtej osoby została dziecinna, żeby nie
powiedzieć zdziecinniała i naiwna ciekawość, dziwienie się wszystkiemu i
wieczna chęć studiowania. Cały czas jestem studentką, która chce się
dowiedzieć czegoś nowego. Mimo, że wie sporo, bo żyje na świecie wiele
lat, przeczytała mnóstwo książek, przemyślała ogrom spraw. Zdążyła po
ileś razy zapominać o tym, czego się dowiedziała i potem wracała do tego
jakby na nowo. I porównywała, bo ta sama książka, którą przeczytała
jako siedemnastoletnia dziewczyna, potem jako trzydziestoletnia kobieta, a
potem jako pięćdziesięcioletnia, okazywała się trzema różnymi książkami.
Tak samo było z filmami. Bardzo mnie ciekawi i zastanawia, jak ważne jest
to, na jakim etapie drogi życiowej na co natrafiamy. Bóg sprawił, że w ważnych
momentach swojego życia natrafiałam na wspaniałe rzeczy i na wspaniałych
ludzi, którzy mnie ukształtowali. Zawdzięczam im to, kim jestem. Najpierw
kształtowali mnie z oddali, jak Jeremi Przybora czy Agnieszka Osiecka,
ponieważ znałam tylko ich twórczość i do głowy mi nie przyszło, że ich
kiedykolwiek poznam. Potem miałam szczęście się z nimi zaprzyjaźnić i
stali się dla mnie prawdziwymi ludźmi, z krwi i kości. Natomiast jeśli
chodzi o to, czego we mnie nie było, a teraz jest, to są okresy mroku, kiedy
jestem osobą przytłoczoną, przygnębioną, za smutną . Męczącą dla
samej siebie. Tak bardzo zasnuwa mnie pajęczyna najstraszliwszych wspomnień,
lęków. Nie mogę sobie wtedy ze sobą poradzić, uciekam od ludzi, od
wszystkiego. Mój mały Franek mówił: teraz trzeba odejść od mamy, bo ma
represję. Napisał kiedyś nawet wypracowanie w szkole podstawowej, że mama
jest chora na „represję czy coś takiego“.
Tak to ze mną bywa i od jakiegoś czasu nie ukrywam tego. Mówię o tym po
prostu dlatego, że chcę dodać sił innym ludziom, którzy mają ze sobą
podobne problemy. Takich osób jest niezliczona liczba. Z tą chorobą trzeba
walczyć. I można zwyciężyć!
O dziwo, mam teraz dobry czas w pracy zawodowej i to bardzo pomaga. Uwielbiam
na przykład nasze przedstawienie „Chlip-hop“ i pracę z Andrzejem
Poniedzielskim, który także jest trochę smutny, ale ma nadzwyczajne
poczucie humoru. Do głowy by mi nie przyszło, że po śmierci Jeremiego
natrafię na kogoś tak mi bliskiego. Andrzeja naprawdę mogę nazwać bratnią
duszą. I uważam, że ta przyjaźń pod koniec życia, to jest dar od Pana
Boga.
Powiedziała Pani o Kabarecie Starszych Panów,
że „był tęsknotą do lepszego świata. Tam było wszystko: delikatność,
humor, poezja. Wspominano w nim o potrzebie stworzenia Ministerstwa
Poszerzania Wyobraźni“. Dziś Kabaret Starszych Panów również jest tęsknotą
do lepszego świata. Podobnie jak wyreżyserowane przez Panią spektakle i
przedstawienia. Tymczasem kultura popularna odchodzi od tego lepszego świata:
delikatność jest wypierana przez wulgarność, humor przez rumor, a poezja
przez komercyjną prozę życia. Dokąd Pani zdaniem to zmierza i jak Pani
odnajduje się w takiej rzeczywistości?
Okropnie się w niej czuję i mam ochotę z nią walczyć, ale będąc
pozbawioną skrzydła nienawiści, staram się to czynić pośrednimi
metodami. Uważam, że jeśli ktoś zabłąka się przypadkowo na naszym
przedstawieniu, wyniesie z tego dużo więcej, niż gdybym miała gdzieś
grzmieć, że jest coraz gorzej. Telewizora raczej nie włączam, ale jak
czasem włączę, to mnie tak denerwuje, że nie wiem co robić. Na szczęście
jest kilka cyfrowych kanałów, które ratują sytuację. I lubię TVP
Kultura. Najgorsze jest to, że następne pokolenia są wychowywane na tych głupotach
i bezguściu. Wyrządza się im krzywdę. Są to nieodwracalne zmiany, bo ci
ludzie nigdy nie będą potrafili się skupić, ani nawet pomyśleć o czymś
bardziej skomplikowanym. Będą mieli coraz niższy pułap wrażliwości, świadomości
i wszystkiego, co ważne. Tak jest, ponieważ tym rządzi pieniądz, oglądalność,
słuchalność. Próbowaliśmy przenieść na antenę telewizyjną
przedstawienie „Karaoke w teatrze“, które z Andrzejem Poniedzielskim i
Wojciechem Borkowskim prezentujemy w Teatrze Polonia już dwa lata. Program
nosił tytuł „Śpiewać - jak to łatwo powiedzieć“. Miał kilka emisji
i powiedziano nam, że każdy odcinek obejrzało milion dwieście tysięcy
telewidzów. Z wrażenia złapaliśmy się za głowę, ale usłyszeliśmy, że
to jest za mało, żeby im się opłacało...
...Ale ten program był przecież w
telewizji publicznej, która ma misję. Widocznie w kapitalizmie misja też
musi się opłacać...
Niestety. Aż człowieka ponosi, bo program „Śpiewać
- jak to łatwo powiedzieć“ jest lekki, łatwy i przyjemny, z tą tylko różnicą,
że ludzie mają okazję w nim usłyszeć jak ktoś lepiej mówi po polsku,
czy kulturalniej się zachowuje. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, tylko
odrobinę się to różni od tych programów, co mają pięć milionów oglądalności.
Niestety, dopiero jeśli coś ma taką widownię, to chcą to w telewizji
pokazywać. Dlatego gdyby nie istniał kanał TVP Kultura, to praktycznie nie
byłoby nic wartościowego do oglądania.
Dzisiejsi piękni dwudziestoletni przestali się
buntować i z łatwością dali się uwieść systemowi kapitalistycznemu, w
którym sztuka jest wyłącznie biznesem, a jak nim nie jest, to znaczy, że
wkrótce na pewno nim będzie. Obecni szpetni czterdziestoletni są nierzadko
jak rozdarte drzewo – między tym, że przed 1989 rokiem sztuka była po
prostu sztuką, a tym, że teraz jest przemysłem artystyczno - rozrywkowym, a
często pseudoartystyczno nazbyt rozrywkowym. Przed nową rzeczywistością
hiperkonsumpcji i życia na pokaz chronią nas już tylko świetni sześćdziesięcioletni,
którzy nadal tworzą wartości, uczą myślenia i wrażliwości...
...Ale my niedługo umrzemy. Dlatego to ktoś dwudziestoletni musi zrobić coś
takiego, żeby to wszystko odwrócić.
Oby tacy ludzie znaleźli się jak najprędzej, bo w
przeciwnym razie jedynym pocieszeniem są słowa Andrzeja Poniedzielskiego:
„Jakie to szczęście, że musimy umrzeć“.
Szczęście i nieszczęście, bo żal patrzeć na to, co się będzie działo
z młodymi ludźmi. Z drugiej strony myślę, że jeszcze nie wszystko
stracone, skoro są takie osoby jak pan, jak moje dzieci, czy dzieci naszych
znajomych. Czyli ci, którzy mają w sobie wrażliwość i ciekawość, zdolność
do dziwienia się i stawiania ważnych pytań, którzy coś robią przeciwko
takiemu głupiejacemu światu, dostrzegają w życiu o wiele więcej niż
tylko sprawy materialne. Ci ludzie pragną czegoś innego, a najlepszym tego
dowodem jest to, że chcą nas – tych prawie sześćdziesięcioletnich - słuchać.
To znaczy, że czują, że to, co mówimy jest im potrzebne. A dlaczego nie
darzą zaufaniem i nie słuchają z uwagą trzydziestoletnich? Bo
trzydziestoletni wychowali się już na czymś innym, na komercji i plastiku.
Nie ma wśród nich autorytetów. Dlatego się słucha Władysława
Bartoszewskiego, Leszka Kołakowskiego, czyta Szymborską, Hartwig i Różewicza,
dlatego się łowi gdzie ktoś powie jedno mądre zdanie.
A to już są wieczni osiemdziesięcioletni.
Tak, Jeremi miał przecież 88 lat i był czczony i wielbiony. Chodziłam z
nim na spacery po ogrodzie botanicznym przy Łazienkach i na jego widok
ludziom rozjaśniały się twarze. Za to wszystko, co on im dał, alejki
ogrodu botanicznego wypełniały się nie dającym się opisać oceanem miłości,
jaką mijani przez nas ludzie darzyli Jeremiego.
W poprzednim ustroju przedsięwzięcia
artystyczne borykały się z cenzorem, który był cenzorem. W obecnym ustroju
wszystkie przedsięwzięcia borykają się z cenzorem, którym jest księgowy
bądź sponsor. Z tym, że cenzora reprezentującego władzę ludową można
było przechytrzyć albo obłaskawić, zaś wobec cenzora reprezentującego władzę
pieniądza jest się całkowicie bezsilnym i bezbronnym.
Też tak uważam, no ale nie będziemy przecież do nikogo strzelać...
A jak Pani się czuje w rzeczywistości, w
której wolnorynkowa ekonomia uczyniła z pieniądza wszechmocne bóstwo mające
nad ludźmi władzę absolutną?
Byłoby grzechem, gdybym narzekała na swój los,
ponieważ mam gdzie spać i co jeść. Nie tylko nie mam problemów, żeby
przeżyć do pierwszego, ale jeszcze mogę pomóc kilku osobom. Jestem więc w
nadzwyczajnej sytuacji. Ale tylu ludzi, nie tylko młodych, znajduje się w
dramatycznym położeniu, nie ma mieszkania, nie ma pieniędzy na jedzenie, na
założenie rodziny, na utrzymanie swoich dzieci, na naukę, na studia, które
za moich czasów były za darmo i nie ma w perspektywie pracy, którą w
poprzednim ustroju miał właściwie każdy. Dlatego bardzo mi jest trudno im
powiedzieć: olewajcie to wszystko, siedźcie w domu i czytajcie wiersze.
Kiedyś powinnam napisać o tym w blogu do Andryou (do Andrzeja
Poniedzielskiego – przyp. aut.), że kapitalizm jest okropnym ustrojem, a
ponieważ taki socjalizm, jaki był u nas, też nie zdał egzaminu, to trzeba
wymyślić nowy, trzeci ustrój. Taki, który pogodzi dobre elementy z
socjalizmu i kapitalizmu i w którym stworzy się takie pole misji dla nauki,
sztuki i kultury, które pozwoli wychować nam lepszy gatunek człowieka.
Gatunek, który tak naprawdę wychował socjalizm dzięki swoim szczytnym,
humanistycznym założeniom. Zaproponował w nich świat bez podziału na
biednych i bogatych, bez bezrobocia, z godnym życiem dla wszystkich, z możliwością
darmowego uczenia się. Wymyślenie „trzeciego“ ustroju będzie epokowym
odkryciem, a człowiek, który to uczyni zasłuży na najwyższe uznanie.
Gdybym była socjologiem czy politologiem poświęciłabym się bez reszty
badaniom, co zrobić, żeby zastąpić kapitalizm innym demokratycznym
ustrojem. Bo nie ma ważniejszej sprawy jak wymyślenie takich ram
funkcjonowania społeczeństwa, które stworzą warunki do wychowania
lepszych, mądrzejszych i szczęśliwszych ludzi.
„Życie – stary sposób na zbieranie
zdziwień“ – pisze Andrzej Poniedzielski w wierszu „Życie“. Jakie z
zebranych dotąd w swoim życiu zdziwień uważa Pani za najważniejsze?
Najbardziej bym się dziwiła, gdyby zdziwień zabrakło. We
wszystkich wielkich wierszach, książkach, traktatach filozoficznych mówi się,
że zdziwienie wraz z ciekawością, przejawiającą się w tym, że nie
wiesz, jak jest i chcesz albo nie chcesz się tego dowiedzieć, jest czymś
najbardziej interesującym. Bo jeżeli jest coś czarno na białym, to staje
się to tak oczywiste, że nawet gdyby było ósmym cudem świata, przestaje
fascynować. Dziwię się, że do tej pory tak mnie to wszystko interesuje. I
ogromnie się cieszę, że w środku jestem młoda. Wydaje mi się, że
obecnie chce mi się żyć nawet jeszcze bardziej niż w młodości. Bo
dopiero teraz, po tym wszystkim co przeżyłam i przemyślałam, mam dużo do
powiedzenia i do przekazania innym. I moją największą niezgodą jest to, że
kiedy tyle we mnie się dzieje ciekawych rzeczy, którymi mogłabym i chciałabym
się podzielić, mój organizm odmawia posłuszeństwa. Mam chory kręgosłup,
co powoduje ból i nie pozwala mi zapomnieć, że się powoli rozsypuję.
Jestem wielkim przeciwnikiem tego, że człowiek fizycznie się starzeje.
Jedno z moich ulubionych powiedzeń
Woody’ego Allena - „Wieczność jest nudna. Zwłaszcza pod koniec“ -
skojarzyło mi się z Pani słowami o tym, jak w filmie o Indiach widziała
Pani dywany układane z kwiatów albo piasku: „Mogły istnieć chwilę, ale
te chwile były piękne“. I co tu wybrać? Nieosiągalną i niewiadomą
wieczność czy osiągalne chwile, które być może są najpiękniejszymi ze
wszystkich, jakie w tej wieczności zaistniały i zaistnieją?
Te chwile. O tym przed śmiercią bez przerwy mówiła
mi Agnieszka Osiecka. Ostatnie dwa lata prawie się nie rozstawałyśmy.
Przygotowywałam o niej film i bardzo dużo rozmawiałyśmy. Zawsze powtarzała,
że gdyby ją ktoś zapytał, co było w jej życiu najważniejsze,
odpowiedziałaby, że cudowne chwile i dla tych chwil to było wszystko warte
zachodu. A ja słuchałam tego bez specjalnego przekonania. To było piętnaście
lat temu, a dziś uważam, że miała absolutną rację. Te momenty, te błyski
– jak je pięknie nazwała Julia Hartwig – które sprawiają, że aż nie
wiem co się ze mną dzieje, dają szczęście. Ono jest owocem doświadczania,
doznawania, odczuwania tych wyjątkowych chwil. Chciałabym tylko nie
zachorować zbyt szybko na Alzheimera czy Parkinsona, żeby pamiętać te
chwile jak najdłużej. Niedawno umarła pani Justyna Kreczmarowa. Mówiono
mi, że miała 90 lat, ale z powodu choroby już od dawna była w takim stanie
nieświadomości, że nawet nie zauważyła śmierci swojej córki. Akurat w
tym przypadku to dla niej błogosławieństwo, ale ja bym nigdy nie chciała
być taką wegetującą rośliną. Kiedy mój organizm już całkowicie mnie
zniszczy, to proszę zapisać, że wtedy prosiłabym o zastrzyk przeciwbólowy
na najdłuższy sen.
Rozmawiał P. G.