W tym miejscu publikujemy wybrane listy, nadchodzące do Magdy Umer i jej na nie odpowiedzi
Dobrego czytania.
www.chlip-hop.bloog.pl -Blog Magdy Umer i Andrzeja Poniedzielskiego
"Olśnienie" - artykuł Magdy Umer z marcowego Zwierciadła /wersja specjalna, poszerzona/
16 marca 2007 godzina 16.15 - Powtórzenie Szansy na sukces z piosenkami Agnieszki Osieckiej. /W Jury Magda Umer, Krystyna Janda i Agata Passent/
4 marca 2007
Witamy Pani Magdo Tak ten czas szybko leci a to już 3 lata...Brakuje nam i nie tylko nam Pana Jermiego strasznie Czasem łapiemy się na tym ,że chcielibyśmy żeby tacy wielcy Polacy żyli wiecznie ale naprawde
Weselsze jest to,że jutro 3 marca (ja Tomek) bedę obchodzić 31 urodziny, tak blisko tej smutnej rocznicy związanej z Panem Jeremim Mam nadziejże,że teraz macha do Nas wszystkich razem z Panem Jerzym Wasowskim nucąc np Kuplety Starszych Panów
Dziękujemy Naszym Mamom,za to że od wczesnych lat dzieciństwa piosenki Starszych Panów były obecne i w naszych domach i w sercach Pozdrawiamy wczesno wiosennie
Tomek i Leszek
Trzy lata temu zmarł Jeremi Przybora
Trzy lata temu, 4 marca 2004 roku, zmarł Jeremi Przybora, jeden z
najwybitniejszych twórców w historii polskiej muzyki estradowej i
współzałożyciel legendarnego "Kabaretu Starszych Panów".
- Gdyby Jeremi Przybora pisał np. po francusku, to wymieniano by Go jednym tchem
obok Brassena, Brela czy Viana - pisał Wojciech Młynarski we wstępie do
"Piosenek prawie wszystkich" Przybory. Był kimś więcej niż tylko tekściarzem i
librecistą - Przybora wpływał na wyobraźnię i język kilku pokoleń Polaków. To,
że o podejrzanych typach mówimy dzisiaj "tanie dranie", ironicznie nucimy
"wesołe jest życie staruszka", wiemy, że najważniejsze w życiu jest "by żądz moc
móc wzmóc", a "piosenka jest dobra na wszystko", zawdzięczamy właśnie jego
piosenkom.
Przyszły twórca Kabaretu Starszych Panów karierę zaczynał jeszcze przed wojną
jako spiker Polskiego Radia. W czasie okupacji był m.in. współwłaścicielem i
sprzedawcą w sklepie. Po wojnie trafił do bydgoskiego radia - tam zaczął pisać
swoje pierwsze satyryczne teksty.
Po powrocie do Warszawy podjął pracę w Polskim Radio. W 1949 roku wraz z
kompozytorem Jerzym Wasowskim założył słynny Teatrzyk Eterek nazywany
"najszerszym uśmiechem radia czasów stalinowskich". Bohaterami byli m.in.: wdowa
Eufemia (do tej roli pozyskano Irenę Kwiatkowską, grany przez Andrzeja
Mularczyka profesor Pęduszko, czyli Śmieszny Staruszek oraz nierozwijający się
ani fizycznie, ani umysłowo chłoptaś Mundzio (w tej roli wystąpił Tadeusz
Fijewski).
W 1958 roku ruszył telewizyjny Kabaret Starszych Panów, w którym występowali
najwybitniejsi artyści, m.in. Kalina Jędrusik, Wiesław Michnikowski, Irena
Kwiatkowska, Mieczysław Czechowicz, Wiesław Gołas. W ciągu 8 lat wyemitowano 16
odcinków Kabaretu. - W Kabarecie Starszych Panów niby nie mówiło się o polityce,
a jednak nikt tak dowcipnie nie podsumowywał paranoi poprzedniego systemu jak
Jeremi, pisząc na przykład "Kino nieczynne - ekran w pralni" albo "Załamałem się
dopiero w kolejce po jajka, kiedy kazano mi przynieść własne skorupki" -
wspominała Magda Umer.
Jeremi Przybora tworzył nie tylko na potrzeby Kabaretu - napisał scenariusz
filmu "Upał" w reżyserii Kazimierza Kutza, był autorem libretta i tekstów
piosenek spektakli teatralnych. Pisał także książki (m.in. "Spacerek przez
Eterek", 1957, "Dziecko szczęścia", 1975, "Divertimento", 1976, "Mieszanka
firmowa", 1977). W 1978 roku, niezmiennie z Jerzym Wasowskim, założył Kabaret
Jeszcze Starszych Panów.
Przybora stworzył dziesiątki skeczów i piosenek, które do dziś umie na pamięć
połowa Polaków, ale też mnóstwo świetnych, niewielkich opowiadań humorystycznych
zgromadzonych w kilku zbiorkach. Trzytomowe "Memuary" (1998) uchodzą za wzorzec
polskiego pamiętnikarstwa. W ostatnich latach życia Przybora poświęcił się
głównie przekładom klasyki dla dzieci m.in. "Piotrusia Pana". Na podstawie tego
przekładu powstał potem słynny musical w teatrze Roma.
Dziekujemy! Tomka pozdrawiamy
urodzinowo!!!MU
K z L!Przyjdź po karaoke za kulisy. ja tam bym sobie postudiowała filozofię i historię... Pozdrawiam MU
Kochana Pani Magdo,
Dziś podczas spaceru spotkałam Przedwiośnie! Bardzo się cieszę, każdy dzień zbliża nas do wytęsknionej wiosny, już ptaki weselej śpiewają, u Pani na pewno jeszcze weselej niż u mnie w mieście.
Jak tam leczenie, coś pomaga, jest lepiej? Musi być, ale może niech Pani się trochę oszczędza, przynajmniej trochę, żeby całkiem wrócić do zdrowia...
Przesyłam Przedwiośnie i pozdrawiam
Joasia

Joasiu!
Leżę i słucham lekarzy. Musi być lepiej ! Pozdrawiam . Słyszę ptaki!!! MU
Dzień dobry Pani!
Przede wszystkim chcę podziękować.
Różnym dziwnym ludziom wydaje się, że dzieci nie potrzebują obcowania ze
sztuką. Wydaje im się, że wystarczy sklecić tekst wyszperany z
zakamarków pamięci, dodać jakiś podkład muzyczny i zanucić, zaciągając
(wciąż nie rozumiem, czy po to, żeby było bardziej ludowo, czy też
dlatego, że po prostu zabrakło talentu albo zwykłej ludzkiej pracy?).
Sąsiad zastuka coś w keyboard i już możemy wydać płytę. Niektórzy
popełniaja jeszcze gorsze zbrodnie wobec dziecięcych uszu - chwytają
jakiś fantastyczny tekst, cudowną poetycką kołysankę i traktują ją jak
mielone mięso, formując z niej ohydne żylaste kotlety. A potem
zaaferowane ciotki i babcie kupują ukochanym wnuczętom takie płyty i
radośnie wręczają rodzicom, mówiąc: "Pamiętasz, ja też Ci to śpiewałam!
Nawet <Kołysanka dla okruszka> jest!"
Przyznaję, że nie mogłam już znieść tego, co dostała moja
kilkumiesięczna córeczka! Zawodzenie, które nazwano "Kołysankami dla
bobasa", to jedno z największych okrucieństw wobec (nie tylko moich
zapewne) uszu. Byłam zdruzgotana - jak można tak traktować dzieci?
Poziomu śpiewu powstydziłaby się nawet przeciętna uczennica szkoły
muzycznej pierwszego stopnia. Teksty niepełne, poprzekręcane,
wyciagnięte sama nie wiem już skąd - jak można usypiać dzieci
piosenkami, w których cyganie kradną poduszki, przez co dzieci muszą
teraz spać na gołej ziemi? Jak można umieszczać na płycie podkład
muzyczny (dla zachęcenia rodziców do samodzielnego śpiewania zapewne), w
którym linia melodyczna w kulminacyjnym momencie zmienia tonację z mol
na dur, bo tak przyjemniej dla ucha? Zgroza!
Dlatego właśnie chcę podziękować Pani i Panu Grzegorzowi Turnauowi za
płytę, którą
udało mi się wyszperać w Merlinie (przy naszym małym szkrabie nie mam
wielu możliwości chodzenia po sklepach muzycznych). Dziękuję, że
zaśpiewali i zagrali Państwo na tej płycie tak pięknie, kojąco,
cudownie. Dziękuję za poziom tej płyty, za warstwę muzyczną,
przygotowanie - za włożoną w nią pracę. Dziękuję, że moja córeczka może
mieć kontakt z prawdziwą muzyką przeznaczoną specjalnie dla niej.
Dziękuję, że potraktowali Państwo wydanie tej płyty poważnie i
prawdziwie. Dziękuję wreszcie, że teraz i my, rodzice, i nasza ukochana
mała Myszka możemy słuchać tych samych wykonawców.
Pozdrawiamy serdecznie, życząc dalszej tak cudownej pracy twórczej,
Ula i Wojciech Setlakowie z Natalią (pies był w gościach :)

Natalio Mała Myszko, Ulu.
Wojciechu i psie w gościach!
Ach, jaki to miły i ważny list!
Dziękujemy bardzo, bardzo!!!
MU i GT


dla całej rodzinki!
"Pokazywanie"
się z najlepszej strony
właściwego momentu na, ale przeważnie innym
braków, też raczej cudzych
klasy, choć tylko czasem
zamożności, bo niczego ciekawszego nie ma
komuś na czoło
albo też palcem, czegokolwiek, byle natrętnie.
Jeszcze raz czytam ten list. Fatalnie. Ale Pani i tak zrozumie.
P.S. Przyszło mi do głowy, że na poprawienie nastroju, nie wiem mojego, czy Pani,
prześlę zt ym listem-co za potworna megalomania- fotografię, moją i Tolka M.
Zdjęcie ma 17 lat, czyli jest jeszcze z czasów, wprawdzie durmych, ale jeszcze nie
takich znowu chmurnych. Z rozpędu, a może z rozmysłem dołączam jeszcze jakieś
swoje zdjęcie solo. Zdjęcie trochę młodsze, ja o 11lat starsza, niż na fotografii z Tolkiem,
a dziś... dziś trzeba do tego dodać jeszcze jakieś 6 lat. Przemijanie, głupia sprawa.
Przepraszam- pozdrawiam- Ewa Karbowska


Pani Ewo!
1.Śnieg już nie pada, wiosna za chwile i będzie lepiej. W przyrodzie oczywiście...
2.Pani lekcji jeszcze nie odrobiłam, bo do tego potrzebne skupienie, a ja leże i choruje i łykam jakieś pigułki, które usypiają. Ale kiedyś może przeczytam...
3. Niech sobie pani pisze do mnie od czasu do czasu i tak jakoś obie przeminiemy i wszystko się uspokoi. Pozdrawiam panią i barda Tolka M(to on kiedyś napisał, że to za duza miłość na taki mały kraj?).I kogo tam pani jeszcze chce-MU
Zamieszczamy i jesteśmy za włączeniem...

Pani Magdo!
Wczoraj byłam w Warszawie. Było bardzo zimno. Na ogrzanie kupiłam sobie „Zwierciadło” i przeczytałam bardzo ładny tekst „Olśnienia”. Często wspomina Pani swojego Tatę. Miałam przyjemność znać, no może słowo „znać” to zbyt dużo, ale widywać Pani Tatę. Na pewno znałam Pani Babcię. Jako dziecko codziennie przynosiłam Jej gazetę i dostawałam za to cukierka. (…)
Mieszkałam na przeciwko Pani Babci. Pamiętam czasy, gdy Pani Babcia jako jedyna na naszej ulicy miała samochód – starą „Warszawę”. Bardzo podobał mi się wielki drewniany dom w którym mieszkała. Później, po Jej śmierci przyjeżdżał jeszcze Pani Tata siadał w ogrodzie i wyplatał koszyki, do których potem zbierał orzechy. Czasami kupował kiełbasę od mojego Taty. Może czasami Pani jadła tę kiełbasę. I w ten sposób nasze energie otarły się o siebie. Mój Tata też już nie żyje.
Dzisiaj na miejscu domu Pani Babci postawiono budynek i w stanie surowym stoi już może ze 20 lat. Pewnie już nie nadaje się do niczego. Szkoda, że ten stary dom zburzono.
Artykuł w „Zwierciadle” przywołał wspomnienia z dzieciństwa. Dzięki temu jakoś cieplej było wracać ze szpitala od siostry, która jest ciężko chora. Pozdrawiam i proszę o dalsze dawki optymizmu a za dotychczasowe dziękuję.
Łowicz, 26 luty 2007r..
Anna Kasińska
Pani Aniu!
Bardzo mnie pani wzruszyła tym listem. Przypomniały mi się wszystkie wyplecione przez tatę koszyki, kołyska dla Mateusza i najlepsze na świecie orzechy… .Nawet nie wiedziałam, że ten piękny dom zburzono…
Jakoś zamknęłam w sobie tamten czas na co tylko można zamknąć…To wszystko tak jeszcze boli…Całuje i życzę szczęścia w życiu! MU
2 marca 2007
Zdjęcia z premiery "Albumu rodzinnego " w Ateneum







A to my w Tarnowie (pod kościołem, zbiórka na bilet powrotny).

Marzymy o tym, aby kupić ten dom (wyremontować!!!) w Tarnowie i w ogródku postawić Pani pomik, hahhahhahhahha


Oj świerszczyki ,ale was goni po swiecie.Dziekuję za relacje.Uczcie sie w przerwach-Magda

Gdzie was jeszcze nie zaniesie...całuje MU



Pani Sylwio!
A nie może mi pani wysłać MP3-ki? Pozdrawiam MU
Witam
Znalazłam pani stronę na stronie p. Krystyny Jandy. ponieważ bardzo pania
cenię , jako artstkę, chciałabym polecić Pani ksiazkę, która ukazała się na
rynku 3 dni temu. jestem jej autorką
Może znajdzie Pani czas, żeby ja przeczytać i wyrazić swoją opinię, za co z
góry dziekuję
http://strata-dziecka.zlotemysli.pl/studzina.php
Z poważaniem
Karolina Zwolenkiewicz
Pani Karolino!
Dziekuje bardzo.Jeśli znajde nie tyle czas, co siłę żeby ja
przeczytać-napiszę do pani.Pozdrawiam serdecznieMU
piszę do Pani...
Pani Magdo, tydzień temu spotkałem Panią przypadkowo (?) w CH Janki. Byłem
przezięiony i po nieudanym dniu, ale to spotkanie zapewniło mi dobre
samopoczucie na resztę dnia. Nie mogłem odmówić sobie powiedzenia "Dzień
Dobry", choć znajomość to dość jednostronna, jak to bywa w takich
przypadkach... Ośmieliłem się napisać coś do Pani jedynie po śmierci Pana
Jeremiego, ale na stronę Pani zaglądam dość regularnie... Nie pamiętam już ,
czy wspominałem w tym jedynym poprzednim mailu, że mam dar spotykania -
przypadkowego (stąd ten znak zapytania wcześniej, gdyż jeśli to moja magia,
to o przypadku nie ma oczywiście mowy ;o) ludzi, których najmocniej lubię i
szanuję. Wystarczy, że intensywnie o kimś myślę. Naprawdę ! ;o) Np. kiedyś
myślałem o niezwykłości humoru "Dymu z paierosa" i zadzwonił telefon.
Skrzeczący nieco głos zaczął bez wstępów mi coś tłumaczyć. Musiałem
przerwać, by przez przypadek nie dowiedzieć się rzeczy dla mnie nie
przeznaczonych : "Pani Mario, bardzo przepraszam, ale to chyba pomyłka".
"-Jak to, to nie ... ?" Nie, Pani Mario, to inny numer, ale ja oczywiście od
razu Panią rozpoznałem, bo od dzieciństwa słucham "Trójki" ;o). Teraz do
pomyślenia został mi więc jeszcze Pan Andrzej Poniedzielski... ;o) Z Panem
Jeremim spotkałem się kiedyś na Nowogrodzkiej, gdzie - nieco zagubiony -
szukał miejsca do zaparkowania. Ustąpiłem mu własne, po czym znalazłem dla
swojego auta inne. Gdy wysiadłem, Pan Jeremi wracał już od strony Hotelu
Forum, z małżonką. Gdy go mijałem z ukłonem, zatrzymał się, odwrócił do
Pani Alicji i powiedział : "A to jest ten miły pan, o którym Ci mówiłem..."
Ośmieliło mnie to na tyle, że wyciągnąłem wizytówkę, powiedziałem coś
onieśmielony o uwielbieniu tworczości Mistrza i pożegnałem się. Pozostało
bardzo miłe wspomnienie.
Przed chwilą na antenie Trójki fetowano prof. Bartoszewskiego z okazji
urodzin (które słusznie będą z pewnością trwały kilka m-cy). Mówiono
oczywiście o odchodzeniu autorytetów i potrzeby ich posiadania. Jednak wciąż
istnieje pokolenie, gdzie ta potrzeba jest bardzo silna. Zadzwoniła do radia
w czasie tej audycji jakaś pani doktor stomatolog i powiedziała, że gdyby
tylko Pan Profesor miał taką potrzebę, to jej gabinet jest stale do jego
dyspozycji. Czuję się więc usprawiedliwony Pani Magdo, gdyż też jestem
lekarzem, i choć rzadszych specjalności (neurologia, choć z doświadcz.
raczej pediatrycznym, i EEG), to także jestem do usług w razie , nie daj
Boże , potrzeby jakiejś rady. Pozdrawiam Panią bardzo serdecznie - Zbyszek
Bentkowski ; Grodzisk Maz. / Warszawa ; tel.(...)
Mily panie Zbyszku!
Chyba nawet zapamietałam pana "Dzień Dobry".Jak tylko przyjdzie mi do
glowy zrobić EEG-dzwonię, chociaz nie jestem juz malą dziewczynka.Pozdrawiam
serdecznie-Magda U
Pytanie córki dawnej koleżanki


Przestworza
warkoczyki masz jak pajęcze nitki
a noc jest taka długa
warkoczykiem oczu nie przesłonisz
gwiazdy chodzą w okiennych framugach
Halina Poświatowska
* * *
Moje kroki są ciche, lekkie, nieśmiałe. A może spadnie deszcz? Mógłby spaść, czekam na niego już od tylu dni... Niech spadnie i niech rozmyje K.
-Coś ty taka zamyślona?
-Nudno strasznie.
K. kiwa głową, ale to nieprawda, ona wcale się nie nudzi. Kręci na palcu kosmyk włosów, wydyma leciutko usta, trzepocze rzęsami. Uśmiecha się tylko trochę, wstydzi się, wypadł jej jeden z mlecznych zębów.
-Hej! Bawicie się z nami? - woła do nas jakiś chłopiec, rzuca K. piłkę. Ona od razu podbiega do grupki dzieci, ja stoję nieruchomo.
-Ty, mała, co z tobą? Idziesz, czy nie?
-Nie... -szepczę i odwracam się na pięcie. Wypadam z ciemnawej bramy naszej kamienicy prosto w suchy i drżący letni dzień. Przewracam się na chodniku, otarte kolano piecze, krew spływa po łydce.
Mijam panią Wdowę, która zawsze pakuje mi do kieszeni całą garść landrynek. Kiedyś z K. rzucałyśmy je na tory, pociąg robił z nich kolorowy proszek, w sam raz dla gołębi.
-Gdzie idziesz? -pyta pani Wdowa i stawia na chodniku torbę z zakupami. Rzodkiewki, chleb, trochę sera, jakieś butelki, chyba z olejem.
-Do dziadka.
-A gdzie on mieszka?
Znowu złapała mnie na kłamstwie. Dziadek K. mieszka razem z nią, a mój... Nie wiem, może w lesie, albo nad morzem... Gdybym wiedziała, poszłabym do niego i usiadłabym mu na kolanach, tak samo, jak to robi K.
-Nie wiem.
-To może pójdziesz do mnie?
W mieszkaniu pani Wdowy pachnie miodem, jak ona sama. Pasadziła mnie na stołku, przemywa mi kolano spirytusem. Strasznie szczypie, ściskam panią Wdowę za nadgarstek, żeby już przestała.
Zaciskam zęby, zamykam oczy, ale i tak czuję, że spirytus wierci mi dziury w kolanie. W końcu pani Wdowa owija kolano bandażem, całuje mnie w czoło i daje mi landrynki.
-Lusterko, medalik, fiolka, okruch. Napisałaś?
-Już prawie... -mówię i kaligrafuję na kartce kolejne słowa.
-Dobrze, a teraz: sawanna, miłość, migdałowy, kamień, uliczka.
-Uliczki nie umiem.
Patrzy na mnie przez chwilę, potem bierze moją kartkę i swoim długopisem pisze siedem okrągłych, równych literek.
-Teraz już umiesz?
-Tak.
-No to następne: tatuś, dziadziuś, cyganiątko, marzenia, morze, brawa.
-Tatuś też?
-Tatuś też.
Tatuś zawsze był trudny, nawet od dziadziusia trudniejszy. Czasem łapała mnie za rękę, kładła swoje palce na moich i razem pisałyśmy tego tatusia. Dwie pierwsze literki trudno się ze sobą łączyło, nie zawsze się udawało, nawet jej. Czasem trzeba było siedmiu, ośmiu takich tatusiów, żeby nareszcie ładnie wszystko wyglądało. Przy pisaniu tatusia ona przestawała sobie nucić i przymykała oczy.
-Jeszcze: woda, młoda, lwy i brnąć, a potem kończymy.
-Dobrze.
Kartkę zawsze kładę w to samo miejsce, między zieloną książkę ze złotym napisem, a pudełkiem na pierścionki. Po pisaniu piję mleko, a mama kawę. Ja kawy nie mogę pić, to pewnie przez ten zapach, dzieci nie powinny pachnieć w ten sposób. K. kiedyś się napiła, a potem musiałyśmy się chować w komórce, żeby jej mama nie poczuła jak pachnie.
Nie wiem, czemu mama Marty zbiera anioły. Moja mama niczego nie zbiera, żadnych muszelek, ani obrazków. Nie kupuje pozytywek, czy nawet nowych cukierniczek. Dlatego nie mogę, jak Marta, usiąść na podłodze i obserwować anioły, aż się któryś z nich niechcący poruszy. Anioły mnie nie chronią, tak jak Martę, więc mam zbite kolano i nie mam tatusia.
K. mówi, że motyle są najładniejsze. Wolę ćmy, lubię patrzeć jak sobie palą skrzydełka w świetle żarówki. Mama też nazywa mnie ćmą, bo lubię biegać jak one, na oślep, od jednej ściany do drugiej. Oglądam sobie widoki za oknem, mama śpi, jedziemy zielonym pociągiem.
Świat jest zielony, nie pomarańczowy jak jesienią, ani biały, jak zimą. Wszędzie ta zieleń jest inna, czasem ciemna, prawie czarna, innym razem niemal żółta. Rzucam sobie landrynki, ale nie trafiam pod koła pociagu, za szybko jedziemy.
-Masz, dziecko, ciastko.
Jakaś pani wciska mi w rękę maślane ciastko z cukrem.
-Dziękuję.
Przygląda mi się, kiedy jem. Nie smakuje mi, jest za suche, ale zjadam, nie chcę robić jej przykrości. Wyjmuję z naszej torby butelkę mleka i podlewam to ciastko, aż robi się miękkie.
Mama się budzi, przeczesuje palcami rude włosy i prostuje się.
-Przepraszam, która jest godzina? -pyta jakiegoś pana.
-Za piętnaście piąta.
-Dziękuję.
Patrzę przez palce na zachodzące słońce, gołym okiem nie można, psuje oczy. Babcia najpierw przytula mamę, coś jej szepcze na ucho, a potem podrywa mnie do góry i podrzuca parę razy.
Mam pełną buzię jagód, ale i tak opowiadam wszystko babci. Ona słucha i słucha, nic nie mówi, kiedy opisuję jej nową sukienkę K., kamienie w naszej bramie. Opowiadam, jak mama zgubiła naszyjnik, że w końcu umiem pisać tatusia, że ciągle obcieram sobie kolana.
-A pamiętasz, jak byłyśmy w cyrku? -pyta mnie mama, a ja wtedy opowiadam o akrobatach, o słoniach, żonglerach.
Babcia się śmieje, czasami poprawia sobie fartuch, ale ciągle patrzy mi w oczy.
Robi się ciemno, strasznie chce mi się spać. Babcia zanosi mnie do łóżka, przykrywa kołdrą, całuje na dobranoc. Gdy tylko wychodzi z pokoju, na palcach podbiegam do drzwi i nasłuchuję.
-Nie dzwonił, nie pisał? -to głos babci, bardzo niski i ciepły.
-Nie. Wcale nie chcę.
-Przecież widzę, że chcesz. Mała go potrzebuje, wiesz o tym doskonale.
Mama mówi coś bardzo cicho, a potem słyszę, że płacze. Wślizguję się do łóżka, nakrywam się kołdrą. Ale potem znowu wychodzę, biorę kartkę i ołówek. Piszę uliczkę, cyganiątko, lwa i tatusia.
Idzie mi już naprawdę dobrze, nawet literki w tatusiu ładnie się łączą.
Mama wraca do domu sama, zostawia mnie u babci. Mimo że tulę się do niej najmocniej jak potrafię, mimo że płaczę. Słuchamy z babcią stukotu pociągowych kół, aż zielony wężyk znika za linią horyzontu. Mama znikła, jakby rozmyła się w powietrzu po wejściu do pociągu, nie mogę się do niej przytulić, nie mogę jej zawołać.
Rozbłyska w mojej głowie jakiś nowy, nieznany dotąd obrazek. Chcę go złapać, ale on ucieka i czuję tylko pustkę. Babcia bierze mnie za rękę, idę za nią potulnie, aż dochodzimy do jej cichego domku. Otwieramy furtkę, głaszczę babcinego, szarego kota.
-Nikt już nie przyjedzie, idź, mała, do domu, nie pałętaj się tu.
Nie odzywam się, maszynista mija mnie, znudzony zwracaniem mi uwagi. Siadam na drewnianej peronowej ławeczce i czekam. Babcia zaplotła mi dwa warkoczyki, ale z lewego zsunęła się wstążka, zauważam też dziurę w buciku. Kieszeń mam, jak zwykle, pełną landrynek.
Szeleszczą pomarańczowe liście, otwierają się kasztanowe główki. Babcia owija się kocem, wzdycha, a potem ceruje moje spodnie. Rysuję mamę. Włosy, ruda chmurka, fruwają wokół owalnej twarzy, czerwone usta, uśmiechnięte troszkę smutno, oczy... Nie pamiętam, jaki miały kolor, może niebieski, jak moje, może zielone, jak babci. Potem biały sweter, zrobiła sobie go na drutach, z wełny od pani Wdowy. W ręku trzyma kwiaty, nie wyszły, nie potrafię zbyt dobrze rysować. Ktoś puka do drzwi. Babcia zsuwa koc, poprawia włosy i idzie otworzyć.
Zaciskam dłonie, patrzę jej w oczy. Brązowe.
* * *
Wsuwam rękę do kieszeni, ale nie znajduję w niej landrynek. Pamiętam, że lubiłam żółte i zielone, pozostałe oddawałam K. Teraz wypełniam kieszenie biletami, na autobus i do teatru, guzikami, które odpadły od płaszcza, chusteczkami, mnóstwem papierków bez znaczenia.
K. kazała mi włożyć buty na obcasach, czuję się jak na szczudłach. Ona ma podobne, ale kroczy na nich pewnie, rozdaje wokół promienne uśmiechy, mam wrażenie, że zaraz odfrunie.
Gdybym mogła te buty zdjąć i iść dalej na boso...
-Myślisz, że jest tu dużo szkła?
K. patrzy pod nogi, zatrzymuje się, rozgląda.
-Nie, ale nie zdejmuj butów, musisz się nauczyć chodzić na obcasach.
Jeden krok, drugi krok... Lewa stopa już się zaczerwieniła, chwieję się na boki, ale idę dalej.
K. łapie mnie w ostatniej chwili przed upadkiem. Moja błękitna spódniczka odsłania kościste kolana, które tylko zimą da się ukryć pod grubymi, czarnymi rajstopami.
-Kiedy wraca twoja mama? -pyta K., kiedy mijamy kościół i skręcamy w boczną uliczkę.
-Jutro wieczorem.
-Mogę u Ciebie przenocować?
Wystarczy leciutkie skinienie głową, aby K. zaczęła snuć tysiące planów na wieczór i całą noc.
Nade mną niebo białe, sufitowe, pode mną błękitne, pościelowe. Na mojej twarzy obłok różowy, poziomkowy, na dekolcie i szyi zielony, ogórkowy.
-Mogę o coś spytać?
-Pytaj.
Lubię, kiedy jest taka cicha, kiedy nie musi niczego udowadniać światu. Tylko wtedy czuję zawieszoną między nami nitkę przyjaźni i przestaję pragnąć, żeby zostawiła mnie w spokoju.
-Tęsknisz za tatą?
-Nie.
Niezbyt wygodna chwila ciszy. K. podrywa się do góry, biegnie do łazienki, wraca umyta i uśmiechnięta. Będzie milczeć, aż wymyśli jakiś wesoły temat, żeby go nagle rzucić, lekko i naturalnie. Uśniemy, zmęczone śmiechem, z ulgą, że nie musimy już skrywać żadnych niewypowiedzianych zdań.
Chłopiec mówi niewiele, przychodzi do nas rzadko. Czasem spotykam go na ulicy, bierze mnie za rękę i prowadzi za miasto, na tory. Lubi pociągi, może na nie patrzeć godzinami. Cóż, dla mnie pociąg jest tylko zielonym wężykiem, znikającym na horyzoncie i uwożącym dorosłych gdzieś daleko, do miejsc, których nie umiem sobie wyobrazić. Chłopiec inaczej myśli, inaczej widzi. Dla niego świat jest ogromną plątaniną pociągowych torów, przejazdów i stacji. Często go nie rozumiem, ukrywam to jednak, boję się, że nie będzie mnie lubił. Jego odmienność sprawia, że czuję się jeszcze mniejsza i niepozorna, jakbym nic nie znaczyła w tych moich wiecznie podartych rajtuzach i zielonym sweterku. Mam wrażenie, że moje oczy nie potrafią widzieć i, co gorsza, nigdy widzieć się nie nauczą.
Któregoś dnia Chłopiec obserwował nas, kiedy szłyśmy do szkoły. Podbiegł do mnie i złapał mnie za rękę:
-Chyba nie pójdziesz z nim?
K., moja przyjaciółka, postawiła torbę na ziemi i czekała, aż podejmę decyzję. Nie zatrzymała na nim wzroku ani na chwilę, ale Chłopiec się tym nie przejmował. Ścisnął moją dłoń mocniej, aż w końcu powiedziałam:
-Idę.
K. odeszła bez słowa. Czułam jakieś bezkształtne wyrzuty sumienia, chciałam za nią pobiec
i sprawdzić, czy płacze. Ale Chłopiec był przy mnie, nie umiałam go zignorować.
-Nad rzekę?
-Tak.
Leżeliśmy obok siebie na jasnej piaskowej plamie. Moczyłam stopy w wodzie, Chłopiec wygładzał fałdy na piasku. Zdawał się niczego nie mieć, być zaczepionym przechodniem,
o którym się nic nie wie.
-Brudne są te nasze przestworza, prawda? –usłyszałam szept Chłopca tuż przy moim uchu.
W jego dużych oczach odbijały się chmury, trawa, woda w rzece, a w moich odbijały się jego oczy. Szepnął, że tworzymy w ten sposób filtr, przez który przepuszczamy przestworza, całe, z każdym najmniejszym zgrubieniem, z każdym włóknem, aby je choć trochę wyczyścić.
Często wyobraża sobie taki filtr. Nigdy nie zadowala go rzeczywistość, chce ją nieustannie upiększać i zmieniać. Opowiada mi, że wyobraża sobie bluszcz, który zakrywa wszystkie szare domy, obrasta mury. Przez długi czas marzyłam o tym, by zamieszkać w jego świecie, zbudowanym w wyobraźni. Chciałam stać się częścią jego życia, ale wydawało mi się, że nie mogę się do niego nawet porównywać.
Nie zadzwoniła. Słuchawka lepka, nagrzana promieniami lipcowego słońca, niebieska, nie wiadomo dlaczego. Stojąc w plastikowej budce widzę dziewczynkę w białej sukience, rzuca przechodniom kamyki pod nogi. Po chwili przychodzi jej matka, zabiera kamienie i każe jej wrócić do domu.
K. siedzi po turecku na krawężniku, bawi się włosami.Ona nadal nie dzwoni.
-Może spróbujesz na koszt abonenta? -proponuje K., prostując nogi. Podaje mi wyuczony na pamięć numer do centrali, naciskam gorące klawisze, słyszę sygnał. Rozmawiam chwilę z jakimś niskim, spokojnym głosem, nie wiem, czy męskim, czy żeńskim. Słucham przez moment muzyki, chyba Chopina, sama nie wiem.
-Mamo? To ja. Czemu nie zadzwoniłaś?
-Spałam, córeczko. Jak tam u was?
K. przechodzi na drugą stronę ulicy, kupuje sobie lody.
-U nas? Gorąco...
-Tęsknię za tobą, wiesz?
-Ja za tobą też, mamo. Niedługo się zobaczymy, wracamy za parę dni.
Cisza po drugiej stronie słuchawki. K. nadgryza wafelek, rozmazuje sobie lody na policzku.
-Mamo? Jesteś tam?
-Jestem, jestem. Idzie chyba burza, niebo jest strasznie ciężkie.
-Może pojedziesz na trochę do babci? My byśmy tam dojechały, zamiast do miasta.-proponuję opierając się o ściankę budki.
-Dobrze, jeszcze zadzwonię, to porozmawiamy.
-Dobrze.
Słyszę w słuchawce niewyraźny szelest słów, cichnących, po chwili zastąpionych przez długi sygnał. Zamykam za sobą plastikowe drzwiczki, zamazane bezsensownymi napisami. Wracamy z K. do namiotu, równym tempem, opalone, zawsze odrobinę zbyt chude.
K. nie lubi burzy. Boi się ciągłych błysków, wzmagającego się odgłosu spadających kropel. Boi się, że usłyszy kiedyś potężny, głuchy grzmot, a potem nagle zapadnie cisza. Najchętniej kuli się w kącie, nie odzywa się i czeka, aż wszystko się skończy i świat na nowo zrobi się jasny i spokojny.
Ja zamknęłabym burzę w słoiku. Wtedy mogłabym do woli przyglądać się ognistym wstążkom błyskawic, ciemnym kołtunom chmur. Całowałabym ścianki tego słoika, czułabym pod ustami trzęsące się serce burzy. Służyłaby mi za nocą lampkę.
K. otwiera oczy, mruga, przeciąga się. Do namiotu wpada jasnożółte, ranne światło, oświetla nasze kubki, zwinięte i porzucone ubrania, książki i latarki.
-Szumi morze, słyszysz?
W odpowiedzi ruszam lekko głową, w dół i w górę. K. pokazuje rząd równych, białych zębów i wychodzi na zewnątrz. Bawię się w dom, ścielę nasze posłania, wieszam ręczniki na sznurkach między sosnami, wytrzepuję piasek z butów.
Biegnąc po rozgrzanej plaży parzymy sobie stopy.
-Zamieniasz się w wiatr, K.! Jesteś już wszędzie! -krzyczę do niej, gdy z wariackim okrzykiem na ustach zbiega z wydm.
-To ty też się zamień! Odfruńmy!
Łapię ją za ramię, padamy na piasek. Machamy rękami, kreślimy dwa duże orły, nad nami kołysze się niebo. Niebo spada, zagarnia całą plażę i podrywa nas do góry. Wiszę do góry nogami, rozsypuję się na drobne kawałki, łączę się z powietrzem. Jestem wiatrem, przeganiam po morzu białe bałwany, topię małe okręty, otulam sobą ogłupiałe mewy.
K. się śmieje.
-Hej, pojedźmy tam!
Podnoszę głowę, K. podtyka mi pocztówkę z jakiejś wioski nad jeziorem.
-Pojedziemy. Kiedyś. –mówię i zamykam oczy. Autobus wlecze się leniwie pod górkę, zostawia za sobą betonowe osiedle, jedzie przez park. K. coś mówi, o jakimś chłopaku, ale nie słucham. Widzę szkołę.
Pojedziemy. Kiedyś pojedziemy. Kiedyś wybiegnę, po powietrznej ścieżce, przez okno w klasie, nie zabiorę torby z książkami, ani butów na zmianę, będę biec tak długo, aż dobiegnę do chmur. A potem odszukam prawdziwe anioły, nie te, które zbierała mama Marty.
-No, obudź się.
K. potrąca mnie łokciem. Na naszej ławce leży ta pocztówka, K. przepisuje z tablicy jakieś wzory.
-O kim tak marzysz, co? –pyta mnie cicho.
-O niczym. Daj spokój.
K. odwraca się ode mnie, pewnie się obrazi.
K. ma nowe buty. Czarne, tak jak jej nowy płaszcz, sukienka, nawet klamerka do włosów. Zwyczajna grzywka, proste włosy, nie podkręcane, jak zazwyczaj. Bez obcasów wydaje się taka mała, krucha. Obejmuję ją ramieniem, podaję chusteczkę.
K. płacze. Cicho, bez łkania. Wiem, że muszę rzucić jej wieniec, że ona nie zrobi nawet kroku w tamtą stronę.
-Nie płacz, proszę.
-Ja... nigdy...
-Wiem, nigdy nie płaczesz, wiem.
K. nagle wycofuje się, idę za nią. Wychodzimy z tłumu, K. zaczyna biec.
-Poczekaj!
Wołam, ale ona nie słucha. Przewraca się przy bramie cmentarza, próbuję ją podnieść, ale potykam się i leżę obok niej.
Zawsze chciałam mieć dziadka, choć przez chwilę. Marzyłam o tym, żeby wziął mnie na kolana, przytulił. A nie mam nawet zdjęcia.
Kuliłyśmy się pod bramą, aż ktoś nas podniósł i zaprowadził do domu.
Mama podała K. wywar z rumianku. K. pije bardzo wolno, łyk po łyku. Powoli pojawia się na jej twarzy niewyraźny rumieniec, ożywia bladą cerę. K. wygląda na chorą, ma zapuchnięte oczy. Kiedy ją odprowadzam, nic nie mówi, nie śmieje się, nie spogląda zalotnie na przechodzących chłopców. Przed swoimi drzwiami długo szuka kluczy, znajduje je w kieszeni, otwiera, wchodzi. I znowu płacze. Mała, bardzo szczupła w czarnej sukience, zakrywa oczy dłońmi, wpada do łazienki i zamyka się w środku.
Dzwoni telefon. Rodzice K. Nie, nie może podejść, jest w łazience. Nie, nic się nie stało, kąpie się. Tak, zanocuję u niej, zapamiętam, zamkniemy drzwi na podwójny zamek, będziemy uważać. K. czuje się dobrze, nie mówiła o dziadku. Rano państwo wrócą, powtórzę jej. W razie czego, zadzwonimy. Do widzenia.
-Otwórz, proszę! –wołam pod drzwiami łazienki. Słyszę, że odkręca kran.
-Otwórz, no, otwórz.
Wychodzi, spogląda w korytarzowe lustro.
Pokój jej dziadka pozostał nietknięty. Nawet jego buty stoją równo przy łóżku, niedoczytana książka leży otwarta na stoliku. K. siada na jego fotelu.
Zasypiamy, zmęczone, ja na tapczanie, K. na fotelu.
Mama założyła błękitną sukienkę. Układam białą pościel na jednym z naszych szerokich parapetów, opieram policzek o szybę, w dole widzę ulicę, kocie łby. Nie tak dawno rozmawiałam w ten sposób z księżycem. Opowiadałam mu bajki, śpiewałam kołysanki. Czekam, mija chwila za chwilą, ale nie słyszę stukotu butów na obcasie, ani śmiechów, jak zwykle. Opadają mi powoli powieki, w głowie wszystko zaczyna ciążyć. Poprawiam sobie poduszkę. Już zasypiam, kiedy słyszę głos mamy.
Stoją na chodniku, objęci wpół, wpatrzeni w siebie. Dobrze mi znana błękitna sukienka, która zawsze mówi to samo: ,,wychodzę, postaraj się mnie zrozumieć”. A obok niej ciemna, obca postać. Widzę popłoch w jego oczach, kiedy nagle zauważa mnie w oknie. Zamykam szybko oczy, udaję, że śpię. Słyszę:
-Zasnęła, pewnie czekała bardzo długo.
-Idź do niej, idź już. Dobrej nocy.
Lekkie cmoknięcie w czoło, drobny uścisk dłoni. Zgrzyt starego zamka,a potem skrzypienie drzwi. Czuję, jak mama odgarnia mi włosy, nakrywa mnie kołdrą, która zdążyła się zsunąć, a ja nie miałam czasu jej poprawić.
-O czym chcesz napisać bajkę?
-Nie wiem. O czymkolwiek.
-O aniele?
-Może być i o aniele.
K. wyrywa z zeszytu kartkę w kratkę. Zapełnia dwie pierwsze linijki równymi, fantazyjnie wykończonymi literkami. Według K. anioły mają bielutkie skrzydełka, spijają rosę z trawy i tańczą. Opisałam jej drewnianego anioła, tego, który stał na kominku w domu Marty.
Maleńka, drewniana figurka chłopca siedzącego po turecku. Chłopiec patrzył gdzieś w dal, zdawał się niczego nie widzieć, być myślami bardzo daleko. W ręku trzymał jakąś książeczkę, o jego kolana oparta była maleńka harfa. Z jego ramion wyrastały szare, skromne skrzydełka.
To był ulubiony anioł mamy Marty. Nie pozwalała nam go dotykać, Marta nigdy nie mogła się nim bawić, tak jak innymi aniołami.
-Odrobiłaś lekcje?
Pamiętam ten ton, niedzielny, odświętny, poważniejszy niż zwykle. Potakuję, odsuwam na bok zeszyt z niedokończonym wypracowaniem. Skończę wieczorem, a jeśli nie, to trudno, pójdę do szkoły bez niego.
Mama każe mi włożyć spódnicę w kwiaty, biały sweterek. Spogląda z poważną miną na moje chude łydki, wystające kolana. Chciałaby chyba jakoś je zakryć, ale wie, że nie mam dłuższej spódnicy.
Wchodząc do restauracji mama łapie mnie za rękę, ciągnie do stolika pod oknem.
-To właśnie moja córka. Opowiadałam ci o niej.
Szeroko uśmiechnięty mężczyzna wskazuje mi miejsce. Przestaję być dla niego postacią widywaną w oknie, kiedy w nocy odprowadza mamę. Opowiada mi o swoich fotografiach, o egzotycznych krajach, w których był. Uśmiecha się, gdy mówię o K., ale natychmiast przenosi wzrok na mamę, odnotowuje każdy jej najmniejszy gest.
-Masz rację, we wszystkim masz rację, kochanie... –mówi, kiedy mama opowiada o jakimś zdarzeniu w pracy.
Wędruję palcem po brzegu szklanego pucharka.
-Ty też masz wiele racji, nie musisz się o to martwić.
-Zawsze można na tobie polegać. Cenię to w tobie.
Układam w pucharku czekoladowe groszki. Kolorystycznie, w pary, potem topię je w lodach. Przez okno widzę, że zaczyna padać deszcz, przechodnie uciekają pod daszek przystanku autobusowego. Jasnowłosa kelnerka stawia przede mną szklankę z sokiem.
-Smakują ci lody, mała?
-Tak, dziękuję.
Lody, zlane alkoholem, lepkie i mdłe, oblepiają srebrną łyżeczkę.
Walizki w przedpokoju, tak równo ustawione pod ścianą. Czarne buty, za duże na mnie i na mamę, w szafce obok moich sandałów. Obcy, groźny obraz z czarnym ptakiem w salonie na ścianie. Na umywalce nieznane buteleczki, w kuchni trzecie krzesło. Płaszcz, dwa dodatkowe lusterka, pudło z książkami, trzeci komplet kluczy. I jeszcze album ze zdjęciami, gruby, zielony, oprawiony w skórę. Zastawa stołowa w róże, ręcznik z tygrysem, czarna teczka biurowa. I te kroki, pewne, mocne, głośne.
A kiedy siedzę w nocy na parapecie, nie słyszę śmiechów z ulicy, ale z kuchni, tuż za ścianą.
-Przemoczyłaś buty.
-Nie, wcale nie!
-Przecież widzę. Nigdzie dziś nie wyjdziesz, masz się położyć i wziąć aspirynę.
-Ale ja wcale...
Poi mnie herbatą z malinami, zapędza do łóżka i każe połknąć tabletkę aspiryny. Kiedy wraca mama, moje buty już suszą się na kaloryferze, a ja leżę w łóżku.
Jego fotografie, w kolorowych ramkach, szczelnie oklejają całe mieszkanie, dają ciepło, wcześniej mi nieznane.
-Śpi, przemokła, nie pójdzie jutro do szkoły –słyszę jego głos zza drzwi.
Gdzieś znika błękitna sukienka mamy, pojawiają nowe, wzorzyste, ładniejsze.
Chłopiec uśmiecha się lekko, mruży jasne oczy. Stoi za siatką, która odgradza od miasta szkolne boisko. Robi krok w prawo, krok w lewo. Widzi mnie, coś mówi, ale nie słyszę, stoję za daleko. Przejeżdża palcem po drucianych oczkach siatki, wygrywa na nich jakąś melodyjkę. Odwracam głowę, kątem oka widzę siedzącą pod ścianą K. Rozmawia z kimś, nie patrzy na mnie. Biegnę, wyciągam dłoń w stronę Chłopca. On ją otwiera i przesuwa po siatce. Melodia jest spokojna, słodka, tak cicha, że istnieje bardziej we mnie, niż na zewnątrz. Dzwonek, Chłopiec gwałtownie się odsuwa i odchodzi, szybkim krokiem, nie spoglądając za siebie.
K. zamyka za sobą drzwi, zbiegam po schodach. Po ulicy spaceruje kot, biały, z brązową łatą. Pręży grzbiet, ociera o moje łydki, mruczy. Idziemy razem w świtle latarni, oddalając się od K. i jej domu.
-Co tu robisz?
Kot ucieka, spłoszony przez Chłopca biegnie w stronę parku.
-Wracam do domu. –mówię głośno i wyraźnie, przyspieszam kroku.
-Chodź ze mną, wrócisz trochę później.
-Nie mogę.
Już ma moją dłoń. Odsuwa rękaw pomarańczowego swetra, którym ją sobie otuliłam. Patrzy na mnie, jest pewien, że mu ulegnę.
-Pójdziesz ze mną. –mówi i ciągnie mnie do przejścia dla pieszych.
-Nie.
Nie chcę oglądać jego smutku, nie chcę widzieć, jak nagle zalewa jasne tęczówki, jak spływa po twarzy. Nie chcę czuć, jak uwalnia moją dłoń z uścisku, jak odsuwa się na krok. I jak odchodzi, bez słowa.
Nie chcę też wiedzieć, że ranię nie jedną osobę, ale dwie.
Kiedy byłam mała, graliśmy w pewną grę. K. jej nie lubiła, zawsze uciekała, gdy ja chowałam się za studnią, a Chłopiec podstępnie wabił Martę, albo jakieś inne dziecko w kąt podwórza i wypytywał o mnie. Nigdy nie mogłam zrozumieć, dlaczego K. nie lubi Chłopca. Czy widzi w nim coś złego? Przecież nie może zobaczyć w nim nic, czego nie widziałaby we mnie.
Plotłam sobie warkocze. Delikatnie rozdzielałam włosy na trzy pasma, dbając, by były równe. Podkręciłam na palcu końcówki, zawiązałam na nich czerwone wstążki.
K. nakryła się kołdrą i głośno płakała. Promienie słońca igrały wesoło na białej pościeli.
Odsunęłam kołdrę z jej twarzy, odgarnęłam włosy.
-Wynoś się! Idź do niego!
-Do kogo? –spytałam cicho. K. drgnęła, wśród szlochów usłyszałam imię, krótkie, zaledwie kilka prostych dźwięków. K. często nazywa Chłopca po imieniu.
-Nie pójdę do niego.
-Pójdziesz... pójdziesz, tylko tego chcesz... –usłyszałam zachrypnięty głos, przechodzący nagle w jęk.
-Co mam zrobić?
-Zostań ze mną.Tak bardzo cię potrzebuję. Najbardziej. –powiedziała po długiej chwili milczenia.
Zakręciło mi się w głowie, rozchwiało. Z trudem doszłam do łóżka, osunęłam się na białe poduszki i zamknęłam oczy. K. odwróciła się de mnie plecami, udawała, że zasnęła. Leżałyśmy bez ruchu kilka godzin, słoneczne promienie dawno już pospadały z łóżka na podłogę.
Zostać z nią, tylko z nią. Nikogo innego nie potrzebować, nie wołać, nie prosić. Zapomnieć o uśmiechach, nie myśleć o nikim, o niczym innym. Zanurzyć się w jej chceniu, w marzeniu, w myślach, w niej. Kiedy upadnie podać rękę, podnieść i osłonić od wiatru.
Wsunąć do kieszeni dwa brązowe kasztany, oczyścić z piasku kilka innych i schować do torby. Kupić ulgowy bilet na jedno ze środkowych miejsc w czwartym rzędzie, skulić się na nim w czasie antraktu i oddychać. Spojrzeć do góry, zobaczyć ciemną połać teatralnego sufitu, kilka okrągłych lamp. Zakryć ciągle zbyt chude łydki, zdmuchnąć opadającą na oczy grzywkę.
Oddychać. Oddychać póki jej nie ma.
Zasłaniam ręką wydarty z zeszytu skrawek kartki. Napisałam na nim pięć słów: park, ławka, fontanna, siódma, przyjdź. Dopisuję szóste: proszę. Zaraz po dzwonku zbiegam po schodach, otwieram ciężkie drzwi wyjściowe, wychodzę przed szkołę pierwsza, wyprzedzając K. i resztę klasy. Daję małej dziewczynce zwiniętą kartkę, po chwili widzę, jak biegnie w stronę koleżanek, macha do mnie. Zaniesie bratu. K. zwraca mi pożyczony rano ołówek.
Siadam na krańcu ławki, kulę się. Mówię bardzo cicho, tak cicho, żebym sama prawie się nie słyszała, że nie potrafię wybrać, że potrzebuję go, ale też K., że nie mogę tak po prostu go zostawić.
-Czemu ona wymaga od ciebie takiego wyboru? –pyta Chłopiec, obejmując mnie ramieniem.
Nie odpowiadam.
Nagle słyszę, że mówi o śniegu. Że niedługo już spadnie, wszystko przykryje, będzie miękki i biały. Będzie osiadał na moich włosach, na ustach. Zobaczymy go, kiedy wcześnie rano podejdziemy do okna. Na szybach mróz wymaluje kwiaty, chodniki będą śliskie, więc on będzie trzymał mnie za rękę, żebym się nie przewróciła.
Kiedyś wsiądziemy do pociągu.
Czyjaś wielka, przezroczysta dłoń poprowadziła dookoła mnie grubą linię. Wpisała mnie w okrąg, nakreślony czerwoną, tłustą szminką. Potem ta sama dłoń nakręciła mnie, nakazała wyprostować się i tańczyć, do melodii z pozytywki.
Ile razy jeszcze będę musiała się obrócić, ile razy uśmiechnąć? Stoję w sztywnej,
bladoniebieskiej spódniczce, moje oczy zachodzą mgłą.
Chciałabym teraz złapać za łapkę jedną z moich dawnych lalek, z oczami jak dwa węgielki, właśnie teraz, kiedy jestem jedną z nich.

SREBRNA NATALIA....................... :)
Droga MU !!! :)
Skoro SREBRNA NATALIA KG już przeczytana- to jestem niezwykle ciekawa
co pani o niej sądzi.Ja właśnie skończyłam czytać i bardzo mi się podoba
mimo różnych opinii jakie słyszałam na temat powyższej...
Prawie już wiosennie pozdrawiam Kamila :)

Kamilo!
Przeczytałam juz w październiku albo listopadzie.Podobała mi się! I zupelnie
nieznane zdjęcia.Cena jaką płaci się za talent czy geniusz jest
nieprawdopodobna.A my potem zachwycamy sie tym co stworzył , a nam to pomaga
zyć.I ta niezwykla matka...pozdrawiam cie serdecznieMU
Powracająca lada chwila!
Ja w ogole nie pamietam,żebym zaśpiewala z nim taką piosenkę."Ja dla Ciebie:?!Pierwsze słyszę.A kiedy i gdzie bylo to 25 lecie?Pozdrawiam serdecznieMU




Witamy,
Zwracamy się z prośbą o wsparcie naszego ruchu społecznego, który zawiązał
się w celu obrony naszych dzieci i przeciwdziałaniu likwidacji
(bezwzględnej
destrukcji) placówek oświatowych, które stanowią dla nich cenne miejsce
zdobywania wiedzy.
>
A wszystko to w mieście Szczecinie!!!!
Chcielibyśmy pozyskać wsparcie autorytetów, aby pomogły nam w obronie praw
dziecka. Prosimy abyście przyłączyli się, dzięki czemu stworzymy wspólny,
ogólnopolski front społeczny - może będzie to inicjatywa jaką wykorzystamy
w
przyszłości w celu ochrony naszego dziedzictwa i ratowania przed
zawłaszczaniem resztek wspólnego dobra.
Nieuzasadniona decyzja Radnych Miasta Szczecina zmusza do refleksji nad
kondycją ludzką, moralnością i uczciwością osób, które stanowią o prawie i
mają przede wszystkim reprezentować nasze interesy.
Jednakże osoby te nie przejawiają zainteresowania debatą społeczną, nie
starają się i nie chcą dostrzec negatywnych skutków podjętych decyzji.
Postawa ignorancji, egoizm, niechęć do dialogu, pośpiech w działaniu -
zastanawiamy się jakie są tego przyczyny..
Problem dotyczy wielu szkół i środowisk, w tym szkoły podstawowej, której
ideą jest umożliwianie szans edukacji i integracji dzieciom
niepełnosprawnym, chociażby z uwagi na warunki architektoniczne samego
budynku - jedyna parterowa szkoła w mieście. Nikt inny, żadna placówka nie
chciała tych dzieci - tu znalazły ciepło i przyjaźń - teraz chce się
zafundować im wykluczenie, odesłanie do domów - a tym samym stworzenie im
getta w swoich domach.
Bardzo prosimy o potraktowanie tego listu jako głosu rozpaczy wielu
zdeterminowanych osób zaangażowanych w obronę praw i godności dzieci.
W obronę wszystkich szkół zaangażowani są nie tylko Rodzice, ale też
społecznicy, którzy kierują się rozsądkiem i uczciwością, dążeniem do
prawdy
wykazując postawę obywatelską jaką dyktuje im honor.
Wspólnie podjęliśmy heroiczną próbę przeciwstawienia się
niesprawiedliwości.
Będziemy wdzięczni za wsparcie naszej akcji. Prośbę o zatrzymanie procesu>
destrukcji prosimy przesłać do Pana Kuratora Macieja Kopcia, od którego
decyzji zależeć będzie los naszych szkół.
MOŻEMY TO JESZCZE ZATRZYMAĆ!!!
kurator@kuratorium.szczecin.pl
W imieniu Rodziców zintegrowanych wokół Szczecińskiego Komitetu Obrony
Dzieci
Robert Łoś
W załączeniu artykuł z prasy:
Kurier Szczeciński, Wtorek, 27 lutego 2007
Rodzice (i politycy) walczą o szkoły
Pierwszy pozew
Szczecin nie jest wyspą na bezludziu, gdzie można rządzić jak się chce -
mówili rodzice ze szczecińskiego Komitetu Obrony Dzieci, którzy spotkali
się
wczoraj, by wyrazić swoje niezadowolenie z ubiegłotygodniowej decyzji Rady
Miasta. Przypomnijmy, że radni przegłosowali likwidację 23 szkół oraz
czterech przedszkoli w Szczecinie. Rodzice zapowiedzieli, że zrobią
wszystko, aby miasto wycofało się ze swych działań. Nie wykluczają użycia
wszelkich przewidzianych prawem środków, aby do tego doprowadzić. Komitet
popiera Sylwester Chruszcz, wiceprezes LPR i poseł do Parlamentu
Europejskiego.
Zdaniem Chruszcza, likwidacja szkół w Szczecinie, to "zbrodnia na
edukacji" - Będę monitorował wszystkich, którzy przejmą majątek po
zlikwidowanych placówkach - zapowiedział wczoraj.
Rodzice z Komitetu Obrony Dzieci liczą na to, że dzięki ich działaniom
miasto wycofa się z decyzji w sprawie restrukturyzacji: - W trakcie
ustalania szczegółów projektu, w ogóle nie wzięto pod uwagę zdania
społeczeństwa - podkreślają. - To arogancja władzy.
Obecni na spotkaniu przedstawiciele Rady Osiedla Głębokie-Pilchowo
pokazali
pismo, jakie skierowali do zachodniopomorskiego kuratora oświaty, w którym
wzywają go do zasięgnięcia opinii Ministerstwa Edukacji Narodowej w
> sprawie
likwidacji SP 21. Uważają też, że postawa Macieja Kopcia, jako radnego i
jednocześnie szefa kuratorium, jest stronnicza.
Przypomnijmy, że we wspomnianej placówce uczy się wiele dzieci chorych i
niepełnosprawnych, dlatego rodzice zaproponowali wiceprezydent Elżbiecie
Masojć, aby SP 21 stała się placówką w pełni integracyjną. Na razie
rodzice
jednego z uczniów niepełnosprawnych, w związku z planowaną likwidacją
szkoły, złożyli pozew do sądu o ochronę dóbr osobistych. Do takich działań
przymierzają się kolejni rodzice.
Oprócz europosła Chruszcza działania Komitetu poparł Oddział Miejski
Katolickiego Stowarzyszenia "Civitas Christiana", który w liście do naszej
redakcji napisał: "Najbardziej porażające jest to, że głównym kryterium
planowanych decyzji są pieniądze, a nie dobro społeczności lokalnej".
Komitet Obrany Dzieci chce zaapelować o wysyłanie e-maili do kuratora
Kopcia, związanych z działaniami miasta Szczecin w sprawie
restrukturyzacji
oświaty.
(Monika Gapińska)
Przeczytałam i przyłączam się do waszego protestu-Magda Umer
Fernando Pessoa (1888–1935), modernistyczny poeta i prozaik portugalski, jest uznawany za jednego z najwybitniejszych pisarzy XX wieku. Posługiwał się wieloma nazwiskami, a każde z jego literackich wcieleń cechowało się odrębną osobowością i stylem. Księga niepokoju, której fikcyjnym autorem jest pomocnik księgowego w Lizbonie Bernardo Soares, to połączenie dziennika intymnego i prozy poetyckiej, utrzymane w liryczno-metafizycznym tonie. Luźno powiązane fragmenty odkrywają świat wyobraźni pisarza, koncentrując się na badaniu stanów świadomości i emocji. Pasjonująca lektura „autobiografii bez faktów” zmusza do porzucenia czytelniczych przyzwyczajeń i skłania do wyjścia poza codzienne doświadczenia. Książka powstała z zapisków pozostawionych przez Pessoę i została wydana prawie pięćdziesiąt lat po jego śmierci. W Polsce ukazuje się po raz pierwszy w pełnym wydaniu, w nowym przekładzie Michała Lipszyca.
Nowa edycja prozy Bohumila Hrabala (nowe tłumaczenia)
Pozdrawiam,
Artur Wolski
czuły barbarzyńca/świat literacki
ul. Dobra 31
00-344 Warszawa
0509 232 636
0603 130 140
828 95 58/826 32 94

5 marca (poniedziałek) o g. 20.00
Zapraszamy do czułego barbarzyńcy na spotkanie
z Kazimierzem Orłosiem.
Kazimierz Orłoś, ur. w
Warszawie w 1935 roku. Absolwent Wydziału Prawa UW. Siostrzeniec Stanisława
Cata-Mackiewicza i Józefa Mackiewicza. Debiut literacki – tom opowiadań „Między
brzegami”, 1961. Kolejne zbiory opowiadań: „Koniec zabawy”,65r. i „Ciemne
drzewa”,70 r. Publikował m.in.w „Twórczości”, „Współczesności”. W 70 r.
rozpoczął pracę w dziale słuchowisk Naczelnej Redakcji Literackiej Polskiego
Radia, w 72 r. – w redakcji „Literatury”. W 73 r. w Instytucie Literackim w
Paryżu wydał powieść „Cudowna Melina” i zaraz potem został zwolniony zarówno z
Polskiego Radia, jak i z „Literatury”. Potem, aż do 89 r. publikował wyłącznie
za granicą, m.in. w paryskiej „Kulturze” oraz w wydawnictwach niezależnych w
Polsce. Był członkiem zespołu redakcyjnego kwartalnika „Zapis”. Kolejne książki
to powieści „Trzecie kłamstwo”, „Przechowalnia”, „Historia Cudownej meliny” oraz
zbiory opowiadań, m.in: „Pustynia Gobi”, „Drugie wrota w las”, „Niebieski
szklarz”, „Drewniane mosty” oraz najnowszy tom - „Dziewczyna z ganku”,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2006. Ta publikacja przyniosła autorowi coroczną
nagrodę miesięcznika „Nowe Książki” – wręczenie odbyło się 22 lutego 2007 w
Warszawie. Autor wielu słuchowisk radiowych, kilku sztuk teatralnych i
scenariuszy filmowych. Na podstawie jego opowiadania „Wielbłąd” Jerzy Stuhr
zrealizował film „Duże zwierzę”, 2000 r.
„Dziewczyna z ganku” to zbiór mistrzowskiej prozy realistycznej - kilku historii opowiadających o losach mieszkańców Mazur, o uwikłaniu w ludzkie namiętności, o pięknie natury, w której rozgrywa się dramatyczna codzienność, oglądana oczyma przybysza z zewnątrz. Zarówno w opowiadaniu „Dziewczyna z ganku”, jak w „Dolinie Jerzyków” autor porusza temat fascynacji drugą osobą, związku z góry skazanego na klęskę. Cały tom dotyczy tych spraw: związków kobiety i mężczyzny, związków uczuciowych, fizycznych, mijania się w życiu, porozumienia i braku porozumienia, wszelkich złudzeń, etc.

Zapraszamy na
czułe czytanki. Tym razem
bohaterami spotkania będą książeczka pt.
„Tajemnicze przygody Kubusia” oraz jej autor
Patroni medialni: Gazeta Wyborcza, Radio PiN i
Dwutygodnik Miś.
Ze względu na ograniczoną liczbę miejsc w
naszej księgarni i klubie, dzieci na
czułe czytanki prosimy
zgłaszać na adres:
poczta@czuly.pl
Każde zaproszenie zostanie przez nas potwierdzone. Prosimy więc podać dokładnie
swoje dane kontaktowe.
Do Magdy Umer
Czesć
Nazywam się Filip Czarnecki i jestem twoim wielkim fanem.
Jeżeli to nie byłby kłopot bardzo bym Cię prosił o Twój autograf.
Wdzięczny fan.
Witam serdecznie!
Nazywam się Maciek Albert Olbert i mam 19 lat (w maju będę zdawał maturę).
Interesuję się dziennikarstwem i polityką, kulturą rosyjską.
Jestem również pasjonatem języka rosyjskiego i podróży, szczególnie po
szlakach rzadko uczęszczanych przez tysiące turystów.
Jako że jest to już ostatnia klasa liceum (jednego z najlepszych we
Wrocławiu) więc momentem w którym zapominam o wszystkich kłopotach
dnia codziennego jest chwila w której otwieram kopertę, a wniej znajduję
fotografię z autografem, czasem i z dedykacją od osoby którą znam tylko z
telewizji, gazet itd.
Dlatego też zwracam się z tą prośbą do Pani, wykonawczyni najpiękniejszych
polskich piosenek.
Więc jeśli to mozliwe , proszę Panią o przesłanie swojej fotografii z
autografem, a będzie to swoista perła mojej kolekcji!
Serdecznie pozdrawiam!
M.A. Olbert
Nazywam się Tomasz. Mam 16 lat. Zbieram
zdjęcia z autografami znanych
osobistości. Byłbym wdzięczny gdyby przysłała mi pani takie pod adres
Dzień Dobry
Mam zapytanie ? czy by się nie dało jakoś załatwić
zdjęcia z autografem szanownej pani Magdaleny Umer
jeżeli tak to potem podam swój adres .
Z wyrazami szaczunku Zbigniew Kulasek z Pszczyny .

26 lutego 2007
Magdo,
Bardzo dziękuje Ci za te zdjęcia. Czy mogło mnie na stare lata spotkać większe szczęście, niż to, że „mam” TAKICH PODOPIECZNYCH ??? i w dodatku WDZIĘCZNYCH ??? (…mam świadomość, że to się może zmienić, dlatego tym intensywniej teraz tym się cieszę)
To zdjęcie pod karczmą, to chyba z naszej powrotnej podróży z tournée po Wielkopolsce (a była to pierwsza „trasa” z nową panią z eas-a) Mój „szef” Wojtek – wygląda na człowieka będącego u kresu swoich sił. Czy myślisz, że mogła Go aż tak zmęczyć moja obecność…? Tak jak patrzę na siebie – to mam wrażenie, że jestem chyba lekko „skruszona”…
Trochę mnie uspokoiłaś, tym, że wierzysz, iż sprostam. W końcu wiara czyni cuda!!!
Najbardziej jednak podoba mi się „pseudonim”(lub jak mówił śp. Maniuś, czyli gospodarz na mojej działce – „apseudomin”), który mi nadałaś - Małgosia BO. BO.. tak fajnie kojarzy mi się z BO Derek. A jest mi ona od dawna szczególnie bliska BO, jeżeli się nie mylę, to począwszy od 1996 roku regularnie jest nominowana do nagrody ZŁOTYCH MALIN – dla najgorszej aktorki drugoplanowej. Nie wiem czy otrzymała wreszcie tę nagrodę, ale jeżeli nie, to tym bardziej podziwiam ją za wytrwałość!
Gorąco pozdrawiam
Małgosia BO
Apseudominie,ktoremu tak fajnie sie kojarzy z Bo Derek!
Na razie sprostujesz i sprostywasz!całuję cię mocno-podopieczna.

dla Malgosi Bo-Bo Derek po latach...
Ach...To był rok 2002 ...Charlize Theron dostała nominację do Złotej Maliny.../najgorsza aktorka/ za film Słodki Listopad (dodam iż jest to mój NAJ NAJ film) Ahoj Złote Maliny.
Z gorącymi pozdrowieniami,
a.



Kasiu W!
Relacja z Parku Staryszewskiego



4a. i fauna




Jeszcze tylko ostatnie muśnięcie szminki (ach, te włosy prosto od fryzjera...)



poszukać Bardzo Ważnej Rzeczy, która wcale się nie zgubiła,










Witam serdecznie!
Chciałem pogratulować ciepła, jakie panuje na Pani stronie internetowej.
I brzoza (ta osobista) taka piekna...
A zdjęcie Agnieszki O. takie rozmarzone...
Ubawiłem się przednio przy telegramie do Maryli R! Bomba
A osobiście, to chciałem, bo nigdy możliwości nie miałem, podziękować za teksty dla boskiej Mańki.
Gorące pozdrowienia znad morza ślę!
Jarek vel Yarek -Fan Club Maryli R!
Agnieszka....

Kochana Pani Magdo!
Oczywiście, że byliśmy na tym Chlip – Hopie! Było wesoło i pięknie. Tak jak przeczuwałam, z teatru wyszliśmy jeszcze bardziej radośni i jeszcze bardziej szczęśliwi. Nie wiedziałam, że Pan Andrzej Poniedzielski jest taki zabawny. Wstyd przyznać ale nie znałam go wcześniej.. Zdjęć nie robiliśmy.
Wysyłam za to zdjęcia z pobytu w Trójmieście.. Byliśmy tam w miniony weekend.

A to my - ja i Damian..

I ulubiony (chyba?) hotel Agnieszki Osieckiej..

Zdjęcie zrobione specjalnie dla Pan

I jeszcze jedno zdjęcie z tego samego miejsca..

Pozdrawiam bardzo, bardzo serdecznie. Asia
PS. Pani Magdo, chciałabym jeszcze zapytać.. Nie wie Pani gdzie można znaleźć słowa do piosenki „La valse du mal”
Asiu!
Dziękuję za to ostatnie zdjecie szczególnie!Pozdrów Damiana.Bardzo mi sympatycznie wyglądacie !Zaraz poszukam tych słów i może uda mi sie je wysłac.Pozdrawiam MU
Słowa -Wojciech Młynarski
muzyka- Jerzy Matuszkiewicz
„Valse du malle"
La la la la, każdego dnia się za mną snuje
La valse du mall- ten walczyk, co mnie zniszczyć chce.
Jest na mnie zły, nie ufa mi, bo wie co knuję
I nikt i nic , i nawet on nie zdoła wstrzymać mnie.
Przekwitły georginie i na pięciolinii moich dni
Powoli płynie za mną w dal, la valse du mall
I dręczy mnie i tak się źle mną opiekuje
La valce du mall, wesoły walczyk, co mnie zniszczyć chce
Zdołałam już polubić go , w mych wędrówkach aż na dno
Powoli grzejąc w palcach cienkie szkło
Naiwność melancholii tej potrafiła krzepić mnie
Gdy wątpiłam, gdy szans wokół było coraz mniej.
La la la la tak się co dnia wciąż za mną snuje
La valse du mall, ten walczyk co mnie zniszczyć chce
Łudzi się że walizki swej już nie spakuję,
Zostanę z nim , w tym mieście, gdzie nikt nie pokocha mnie.
Nie skusisz mnie walczyku i na pięciolinii moich dni
Być nutka nikłą, nutką zwykłą nie każ mi
La lala la żadnego dnia nie pożałuję , z wędrówek przez ogrody życia
Pełne kwiatów zła.
Pani Magdo,
Szekspirowskie pytanie przebiega mi co jakiś czas po głowie. Ale jak może nie przebiegać, kiedy takie widoki (jak na załączonym obrazku).
Strasznie dużo mamy szczegółów w czaszce... Dosyć już mam tej medycyny!
Piszę, bo chciałam powiedzieć, że telewizyjna dwójka o godzinie w sam
raz dla studentów nadała właśnie przed chwilą (o 2.35) koncert finałowy
Konkursu Pamiętajmy o Osieckiej. Za który chciałam podziękować.
Pozdrawiam serdecznie,
Ola

Olu!
Nie masz łatwo na tych studiach.Ale i tak wybrałabym "Być".I na twoim i na
swoim miejscu.Pozdrawiam serdecznieMU
Dziękuję bardzo!Do sierpnia!MU
Szanowna Pani Magdo
Piszę do Pani z ogromną prośbą.Moja koleżanka poszukuje nut do
utworu,który Pani śpiewała.Nie chciałem jej nic mówić,że do Pani napiszę w
tej sprawie.Chciałbym zrobić jej tymi nutami prezent,a także sobie,bo
zarówno Misia,jak i ja jesteśmy zakochani w twórczości panów Przybory i
Wasowskiego, którą Pani zawsze umiała wspaniale zinterpretować.Chodzi nam
o piosenkę "Oczy przezroczyste".Mam nadzieję,że nie sprawi to Pani
problemu.
Z dołu dziękuję i serdecznie pozdrawiam.Wiktor
P.S.Przepraszam bardzo za formę,ale epistolografia nie była nigdy moja mocną stroną.
Panie Wiktorze!
Ja nie mam nut żadnej swojej piosenki.Wojtek Borkowski ma i to jego trzeba
prosić.Ode mnie jest link do Europejskiej Agencji Sztuki i kontakt do
niego.Pozdrawiam MU
Szanowana Pani Magdo.
Jest mi niezmiernie miło iż mogę skreślić parę słów w kierunku osoby,
którą to bardzo cenię i szanuje za artystyczne dokonania oraz za to,że
nie daje umrzeć inteligentnej piosence.
Droga Pani Magdo, jestem osobą młodego pokolenia, której nie dane było
obejrzeć, a dane było jedynie usłyszeć na nośniku cd piosenki ze spektaklu
> "Zimy żal". Bardzo ubolewam nad tym, że telewizja nie przypomina tego
przedstawienia, a dąży do tego, by zgniło i obrosło kurzem w tamtejszym
> archiwum. Zapytuje, czy wie może Pani, czy telewizja planuje "odświeżyć"
publiczności ten spektakl, czy planowana jest jego emisja w najbliższym
czasie? Bardzo mi zależy na obejrzeniu tego wybitnego dzieła,
gdyż mam dość wszechobecnej popkultury, która tylko ogłupia ludzkość i
sprawia, że pozostaje pusta i oderwana od refleksji.
Serdecznie Panią pozdrawiam
Maciej Tarasiuk
Panie Macieju!
Mnie powiedziano że polowa tego spektaklu zaginęła juz wiele lat temu.Może
kiedyś sie odnajdzie?Pozdrawiam serdecznieMU

dla Poczochranej- fot.Ewa Całka
Dzień dobry,
Nazywam się Adam Cioczek.Zwracam się do Pani, ponieważ od dawna z
zaciekawieniem czytam wypowiedzi Pani,które ukazywały się w prasie.
Zauważyłem,że zawsze wnosiły one coś nowego do mojego myślenia. Dlatego
postanowiłem do Pani napisać i przedstawić projekt,który mam nadzieję w
jakimś sensie Panią zaciekawi.Chciałbym się jednak najpierw
przedstawić.Ukończyłem filozofię na UMCS w Lublinie oraz scenariopisarstwo w
Warszawskiej Szkole Filmowej.Wychowywałem się w atmosferze rozmów ludzi
związanych z kulturą i sztuką. Jako człowiek już dorosły a jednak bardzo
młody zdaję sobie sprawę,że te rozmowy w ogromnym stopniu mnie
ukształtowały. Ważny jest dla mnie oczywiście ten mój młody czas ale
przecież bez tradycji trudno się czegokolwiek nauczyć.Nie podoba mi się,że w
naszym kraju o tym się nie pamięta. Dlatego postanowiłem organizować
cykliczne spotkania z ludzmi doświadczonymi, którzy mogą stworzyć tak zwany
"pomost intelektualny" między swoją myślą a myślą młodych ludzi. Gdyby się
Pani zgodziła uczestniczyć w takim spotkaniu w Lublinie(tu właśnie mieszkam)
wraz z trzema innymi,tak zwanymi znanymi osobami,które również zaproszę,to
byłaby to dla mnie przyjemność i zaszczyt.Spotkanie to odbędzie się na
pewno w jakimś prestiżowym miejscu z udziałem szerokiej publiczności i
mediów.Gdyby to Panią zainteresowało(a byłbym bardzo wdzięczny) to o
szczegółach napiszę po otrzymaniu odpowiedzi Pozdrawiam Panią
serdecznie-Adam Cioczek
Dorosły a jednak bardzo mlody Panie Adamie!
Przyjadę.Prosze mi wyslać telefon do siebie,albo od razu napisac do mojej
agencjii ,czyli EAS-u.Pozdrawiam MU

Z okazji 93 urodzin Bohumila Hrabala czuły barbarzyńca zaprasza na niezapomnianą, jedyną w swoim rodzaju wyprawę, która rozpocznie się na Powiślu w czułym barbarzyńcy 28 marca 2007 i zawiedzie nas do Pragi, Nymburka, Kerska z możliwością powrotu do Polski. Hasłem naszej wyprawy jest zawołanie Josefa Procházki, drogowca i przyjaciela Bohumila Hrabala„Jak się człowiek uchleje, to w Kersku też jest Kilimandżaro”. Uczestnicy wycieczki muszą być pełnoletni.
Czas 28 marca – 1 kwietnia 2007; cena 1200 zł – transport, nocleg ze śniadaniem, podróżniczy niezbędnik niespodzianka, zapewniamy niezwykłych przewodników; liczba miejsc ograniczona.
Zainteresowanych wzięciem udziału w naszej wyprawie prosimy o kontakt z Rajmundem Nafalskim tel. 0 513 648 403, e-mail
hrabal@literatour.plChętnych prosimy o szybki kontakt – liczba miejsc ograniczona!

w drogę

moi koledzy ze Szczecina
Poszukujemy księgarzy do filii czułego barbarzyńcy w Novym Kinie Praha.
Wymagania- wiedza z zakresu historii literatury, teatru, filmu, architektury, sztuki.
CV ze zdjęciem + list motywacyjny prosimy przesłać na adres marta.szymaniak@czuly.pl