Jest Pani chyba jedyną polską piosenkarką, która twierdzi, że nie lubi śpiewać.

 

Czasem  lubię, ale tak  prywatnie, dla bliskich lub  znajomych. Trudno mi było się przełamać, zresztą mam to do dzisiaj – stoję na scenie i w połowie recitalu wpadam w panikę, bo uzmysławiam sobie, że na sali  jest tylu ludzi, których w ogóle nie znam, a ja taka jakaś  kompletnie obnażona.

 

Nieśmiałość?

 

Nie wiem .Wydaje mi się, że  jestem osobą odważną,  ale czasem  przed występem ogarnia mnie paniczny lęk. Na szczęście przechodzi po jakimś czasie. Nie przepadam za pobytem  na scenie. Z taką przypadłością trudno uprawiać ten zawód.

 

Wydaje się Pani osobą otwartą.

 

I bywam taka. Lubię ludzi, ale tak trochę z daleka.

Chyba jestem odludkiem.

Na szczęście trafiają się jeszcze takie dni, kiedy się do nich garnę – wtedy nazywam siebie „doludkiem”. Lubię te dni. Bo lubię lubić ludzi…

 

 Podoba mi się słynne zdanie Marcina Świetlickiego, który napisał w  wierszu:

 „jestem dziś w nastroju nieprzysiadalnym”.

 Ja w nastroju „nieprzysiadalnym” jestem połowę życia. Kiedyś mnie to męczyło, ale teraz już wytłumaczono mi, że  nie jest to moją winą ani zaletą, tylko  cechą osobistą.

 

Czego się Pani boi?

 Nie wiem. Chyba wszystkiego.

 Kiedyś Witkacy pisał, a Marek Grechuta –  śpiewał „Zabij ten lęk”.

 Z takim  lękiem trudno jest walczyć. Sam się zjawia i sam zanika. Na szczęście  są całe miesiące, kiedy jest dobrze i wtedy się normalnie żyje i  pracuje. Jest taka piosenka Wojtka Młynarskiego „Mam złe lata i dobre dni”. To także trochę i o mnie. Chociaż bywało tak, że miałam tylko  złe dni, a dobre lata. Szczególnie ostatnio.  Jest lepiej.

 

Jednak te lęki i huśtawki emocjonalne   bywają  też chyba  inspiracją do tego, co Pani robi.

 

Na pewno. Z tych słabości prywatnych bierze się coś w rodzaju mojej cichej siły na scenie. Kiedy śpiewam „Jeszcze w zielone gramy”, to pocieszam i ludzi, i siebie. To mi pomaga.

 

 

Teraz  jest okropny czas, nie mogę wytrzymać tego braku światła. Chciałabym raz spróbować wyjechać na pół roku – od listopada do kwietnia – do ciepłego kraju i zobaczyć, czy to nie minie.

 

Gdzie byłoby najlepiej żyć?

 

Najlepiej jednak w Polsce, tylko żeby tu było 30 stopni ciepła i świeciło słońce. Cudownie jest w Indiach, w Toskanii, w  Nowej Zelandii… Mój syn Franek był w zeszłym  roku na wyprawie dookoła świata i mówi, że gdyby musiał  gdzieś wyjechać na stałe , to do Argentyny. Więc może tam mnie jeszcze zaniesie, żeby to sprawdzić?

 

Za świętami też pewnie Pani nie przepada?

 

 Gdyby były w maju albo czerwcu miałabym do nich dużo cieplejszy stosunek!

A tak marzę tylko o tym, aby bezboleśnie minęły.

 

- A jakie jest pani zdaniem najlepsze lekarstwo na smutek?

 

 Możliwość kontaktu z naturą, przyrodą. I Sztuka.  Przebywanie w świecie sztuki.

 Pan Jerzy Wasowski powiedział kiedyś, że sztuka to jest to wszystko, bez czego można żyć – tylko że wtedy, moim zdaniem,  życie nie ma większego  sensu. Choć niektórzy świetnie sobie z tym radzą, na przykład  mój mąż mówi często, że sztuka to jest  coś sztucznego – czym pomaga mi zachowywać dystans. Mnie sztuka zawsze ratowała – nie tylko w sensie uprawiania tego zawodu, ale i słuchania, oglądania i przeżywania  tego, co zrobili inni.

 

Co się Pani teraz podoba?

 

Muzyka Jana Sebastiana Bacha grana przez Ivo Pogorelica.

I dobre ksiązki .I dobre  filmy.

Myślę, że jesteśmy światową potęgą w dziedzinie poezji – mamy Szymborską, Hartwig, Zagajewskiego, Różewicza. I wśród aktorów także mamy mistrzów świata.

Ostatnio jestem  tak zajęta, że nie bardzo mam czas na śledzenie nowości, nie oglądam telewizji. Czasem, gdy na chwilę włączę ją w pokoju hotelowym, ogarnia mnie smutek. Bo smutne jest to, że powstają takie seriale, w których dobrzy aktorzy muszą gorzej grać, nieźli reżyserzy muszą głupiej  reżyserować, operatorzy banalniej filmować, tylko dlatego, aby wtopić się w formaty, schematy, kalki. Obniżamy poprzeczkę, ustanawiamy pojęcie oglądalności, zabijamy  dobry gust, kulturę. A przecież chodzi o to, żeby  zadawać ludziom odrobinę trudniejsze zadania, uczyć ich skupienia, wychowywać, kształcić wyobraźnię.  Są ludzie, którzy tłumaczą, że  rozrywka ma  służyć  temu, żeby zapomnieć, a sztuka – żeby zapamiętać. O czym zapomnieć?!

 

O tym, co się pamięta?

 

To nie jest szacunek do prostego człowieka, ale brak tego szacunku. Jeśli nie ukształtujemy gustu młodych ludzi, to oni potem będą chcieli tylko napić się piwa i obejrzeć mecz, albo zobaczyć w serialu, czy pani z panem będzie, czy do niego wróci i czy zajdzie z nim w ciążę.

 

Kiedyś sporo robiła Pani w telewizji publicznej.

 

Ale mnie wyrzucili – pewien pan powiedział, że jestem źródłem pesymistycznego antysocjalizmu.

 

Trudno się z tym nie zgodzić.

 

To było kiedyś. A dzisiaj też nie mogę tam nic robić. Na przykład  po koncercie „Zielono mi”, który zrobiłam w Opolu, już nigdy mi nie zaproponowano zrobienia tam czegokolwiek

Ale nie narzekam.

To, co robię, staje się coraz bardziej offowe. Okazuje się, że młodzi ludzie tego szukają. Może dlatego, że nie mają takich odpowiedników wśród rówieśników, bo młodym nie daje się  szansy bycia sobą. Młody zdolny artysta nie  może właściwie być tym, kim jest, czy kim chce zostać-  tylko stać się tym, na kogo jest zapotrzebowanie producentów.

 

Może odchodzi pewna epoka? Pani jest, jak sama mówi, z pokolenia JP1, czyli Jeremiego Przybory, a teraz mamy pokolenie ślizgające się, jeżdżące na łyżwach.

 

Nadeszła epoka tańczenia na kruchym lodzie. Uważam, że resztkami sił ratujący honor kanał TVP Kultura powinien  być dostępny w każdym domu – jako jeden z głównych kanałów. Ludzie zobaczyliby ,  że tam ktoś mówi innym językiem, obejrzeliby dobry film, posłuchali lepszej muzyki. Gdy ktoś tego doświadczy w młodości, to potem nie jest w stanie zadowolić się bezguściem. Kiedyś powstawały w telewizji rzeczy słabe technicznie, ale to, co się pokazywało, było niezwykłe. A teraz jest odwrotnie. Program telewizyjny jest oprawiony w sreberka i złotka, wszystko świetnie oświetlone i zmontowane, lecz w środku nie ma nic. A ludzie dają się nabierać na te cekiny.

 

Z drugiej strony – nikt nie pisze takich tekstów jak Osiecka, Przybora, Młynarski mało co robi.

 

Jest  Andrzej Poniedzielski, Magda Czapińska, Jasio Wołek – to ostatni Mohikanie.

Dla mnie to co się dziś dzieje w telewizji , to zagłada kultury. Czasem mam wrażenie,

że  komuś chodzi o to, żeby ten naród przestał myśleć.

 

Komu?

 

No właśnie, strasznie bym chciała tego kogoś zobaczyć. Tego, który mówi: no przecież muszę dać rozrywkę zmęczonym robotnikom po pracy, oni tego łakną. Błędne koło.

 

Chodzi Pani na wybory?

 

Tak, bo mąż i synowie Franek i Mateusz mówią, że to obywatelski obowiązek. Ale robię to niechętnie. Nie mogę słuchać tego, w jaki sposób kłócą się politycy i jaką polszczyzną się posługują. To nie na moje nerwy.

 

A coś Panią bawi?

 

Coraz mniej rzeczy. Mam wysoko ustawioną poprzeczkę. Miałam 9 lat, gdy po raz pierwszy zobaczyłam w telewizji Jeremiego Przyborę i Kabaret Starszych Panów, skończył się, gdy miałam 17 lat. To ukształtowało mój gust.

 

Kogo brakuje Pani najbardziej z tych, których nie ma?

 

Jeremiego i  Agnieszki. Na szczęście zostawili tyle wspaniałych rzeczy. Właśnie skończyłam nagrywać w studio na audiobooka(nie wiem czy tak się mówi?)”Rozmowy w tańcu” Agnieszki Osieckiej.  Nagram także „Przymknięte oko opaczności” Jeremiego Przybory. To żmudna praca ale uwielbiam ją. Gdy czytam co napisali, przypominam sobie tamte lata, słyszę Ich głosy, intonację  i jak gdyby znowu z nimi jestem. 

 

Czuje się pani  młodo czy staro?

Różnie. Czasem nawet cieszę się , mam tę  młodość za sobą. To znaczy tę metrykalną, bo tej w środku nigdy nie będę miała za sobą. Młoda odejdę z tego świata.

 

Daleko Pani do feminizmu, prawda?

 

Daleko. Chociaż nie wiem, czy do końca rozumiem, co to jest feminizm. Wydaje mi się , że  kobiety  bez mężczyzn, zbyt długo nieszczęśliwe w miłości  stają się zgorzkniałe i stają się feministkami. Mężczyzn obwiniają za całe  zło  świata . Ja zawsze mówię, że mężczyźni to moja ulubiona płeć. Tylko razem współistniejąc, jesteśmy interesujący. Kompletni.  

 

Przybora mówił, że nigdy nie organizowała sobie Pani kariery. Dobrze się to wszystko potoczyło?

Dużo lepiej niż mogłam kiedykolwiek zamarzyć.

Teraz dziewczynki od najmłodszych lat uczą się grać, znają nuty, ćwiczą głos, kończą szkoły muzyczne albo teatralne. Ja nie mam pojęcia o sposobach wydobywania głosu, nigdy niczego się nie uczyłam. Chyba wszyscy piosenkarze i piosenkarki  śpiewają lepiej ode mnie, w sensie technicznym. I to, że ludzie chcą słuchać tego, co mam im do zanucenia, bo nawet nie zaśpiewania,  jest czymś niezwykłym.

 

Jak pani myśli , dlaczego tak jest?

 

Może dlatego, że ja zawsze myślę przede wszystkim  o tym,  co chcę tymi piosenkami opowiedzieć, a nie w jaki sposób? Może dlatego, że opowiadam o rzeczach ważnych i pięknych i  wiem o tym, że te piosenki  są ważniejsze ode mnie?