Napisał Jan Bończa- Szabłowski
Pamiętam, że Magda miała wielkie powodzenie u chłopaków, z czego chyba zdawała sobie sprawę, ale była bardzo wybredna - wspominał przed laty swą młodszą koleżankę Andrzej Woyciechowski, późniejszy założyciel Radia Zet. - Obserwowaliśmy ją na akademiach, gdzie recytowała wiersze i śpiewała piosenki, głównie rosyjskie romanse. Wiedzieliśmy, że jest jakimś niebywałym zjawiskiem i potrafi skupić na sobie uwagę słuchacza. Bardzo chcieliśmy, by występowała w zakładanym przez nas kabarecie. Strasznie trudno jednak było namówić ją do występów. Magda bowiem powiedziała, że może zaśpiewać jedynie dla znajomych. Musieliśmy więc zastosować pewien podstęp. Powiedzieliśmy jej, że na występy będą przychodzić tylko nasi znajomi i jak pojawi się ktoś obcy, to po prostu nie zostanie wpuszczony. Podstęp się udał i tak Magda, która uważała, że śpiewanie nie może być poważnym sposobem na życie, rozpoczęła swą długoletnią, wspaniałą karierę pieśniarki.
W czasach
studenckich Andrzej Woyciechowski napisał jej piosenkę,
rozpoczynającą się od słów:
Już szumią kasztany i pachnie już wiosną,
pamiętaj kochany, by jakąś radosną,
by jakąś
radosną na wiosnę mieć minę
i wiosnę przywitać jak ładną dziewczynę".
Wkrótce owe "Kasztany" w wykonaniu Magdy Umer stały się wielkim przebojem, podobnie jak słynny "Koncert jesienny na dwa świerszcze". Magda zdobywała nagrody, gościła na FAMIE i zaproszona została do Opola, gdzie zaśpiewała piosenkę "O niebieskim, pachnącym groszku". Nagroda nie zmieniła jej postanowienia, by zostać nauczycielką.
- Śpiewanie i
występowanie na scenie traktowałam jako ciekawy sposób spędzania
życia z miłymi ludźmi. Najlepiej czułam się na FAMIE, gdzie
śpiewałam dla publiczności studenckiej. Atmosfera tamtych występów
była zupełnie niezwykła, czułam, że znajduję się w jakimś
innym, lepszym świecie, tak różnym od otaczającej nas szarej
rzeczywistości. Kiedy zaczęliśmy robić tzw. karierę,
zorientowałam się, że za występy otrzymuję pieniądze,
znacznie przekraczające przeciętną pensję nauczycielską.
Mimo to nie zrezygnowałam z wcześniejszych planów i załatwiono
mi etat polonistki w Liceum Gottwalda, które kiedyś kończyłam.
O tym, że nie została nauczycielką, zadecydował przypadek.
-
Nagrodą, którą wyśpiewałam w Opolu była wycieczka do Włoch.
Pod koniec pobytu okazało się, że panuje tam cholera. Wszyscy
uczestnicy wycieczki musieli przejść dwutygodniową kwarantannę.
Wróciłam więc dopiero w połowie września i dowiedziałam się,
że mój etat w Gottwaldzie zajął ktoś inny. Dostałam wówczas
pracę w telewizji, gdzie przygotowywałam programy poetyckie.
Wtedy też miałam okazję poznać jednego z największych moich
mistrzów Jeremiego Przyborę.
-
Jeremi to moja wielka miłość od 9. roku życia, czyli od 1958
roku. Wtedy bowiem pojawił się pierwszy odcinek "Kabaretu
Starszych Panów". "Kabaret" ten był tęsknotą
do lepszego świata. Tam było wszystko: delikatność, humor,
poezja. Wspominano w nim o potrzebie stworzenia Ministerstwa
Poszerzania Wyobraźni. I muszę przyznać, że moją wyobraźnię
niebywale on poszerzył. W TV wielokrotnie widywałam Jeremiego,
który tam również pracował i długo nie miałam śmiałości
do niego podejść. Traf chciał, że kiedyś wybiegając z
bufetu wpadłam wprost na samego Mistrza. Wtedy Jeremi się do
mnie uśmiechnął i to mnie ośmieliło.
- Magda Umer
zaproponowała mi, bym wystąpił w jej programie i bez wahania
przyjąłem zaproszenie. Zauważyłem wtedy, że ma ona zupełnie
przezroczyste oczy. Lubię ten rodzaj oczu, bo można przez nie
zajrzeć człowiekowi głęboko do duszy - uważa Jeremi Przybora.
- Bardzo ważną cechą u Magdy jest poczucie humoru. Nie wyobrażam
sobie, bym mógł przyjaźnić się z kimś, kto pozbawiony jest
tej cechy i na serio bierze wszystko, co mówię. Magda zrobiła
też rzecz niebywałą: ocaliła od zapomnienia piosenki z "Kabaretu
Starszych Panów" i wykorzystując je w spektaklu "Zimy
żal" spowodowała, ku mojemu osłupieniu, że po latach
zaczęły być doskonale odbierane przez młode pokolenie. Sama
jest bardzo poetycka, nie tylko przez niesłychane ilości
poezji, które wchłania, a jednocześnie wie, czego chce. Bardzo
krytycznie ustosunkowuje się do swoich pomysłów, ale jeśli już
uwierzy, że coś jest warte zachodu, to wtedy jest niebywale
konsekwentna. Wierzę w jej gust i bardzo liczę się z jej
zdaniem.
- Pamiętam jak
kiedyś przed nagraniem Jeremi Przybora mnie reżyserował, chciał,
bym stała się dla widzów lepiej ułożoną pannicą, a próbując
zgłębić przyczynę irytacji, jaką niekiedy wzbudzałam swym
sposobem bycia na wizji powiedział: "Niektórym się
wydaje, że pani udaje kogoś innego, niż jest w rzeczywistości,
bo nie mogą zrozumieć, że jest pani tak nienaturalnie
naturalna".
Wśród osób, które
doceniły oryginalność i wyjątkowość Magdy Umer była z
pewnością jedna z jej serdecznych przyjaciółek Agnieszka
Osiecka.
- Od dawna
wiedziałam, że istnieje na świecie takie stworzenie
zielonookie jak Magda Umer. Rodzaj elfa, w którego seledynowych
oczach przeglądają się łąki, niebo i cała przyroda -
powiedziała nam przed laty Agnieszka Osiecka. - Szepcząc swym
ekspresjonistycznym szeptem i świdrując seledynowym
spojrzeniem, Magda potrafi wywołać u publiczności - zarówno
tej młodej, rozwichrzonej, jak i całkiem dorosłej - skupienie
graniczące niemal z hipnozą. Miałam do czynienia z wieloma
wykonawcami i wiem, że tego daru nikt inny nie posiadł. Człowiek
wkradając się do repertuaru Magdy konkuruje z Szymborską, Poświatowską,
Kubiakiem, Leśmianem, Przyborą. To wysokie progi, bo Magda w
doborze piosenek jest bardzo wybredna.
- Z Agnieszką było
zupełnie inaczej niż z Jeremim Przyborą - mówi Magda Umer. -
Nigdy nie traktowałam jej jak swego mistrza. Była nadzwyczajnie
ciekawym człowiekiem, a potem dopiero piękną dziewczyną (bo
nigdy nie kobietą). Na początku czułam się jej młodszą koleżanką
- obie urodziłyśmy się 9 października, tylko ja o 13 lat później
- a po latach dużo starszą siostrą, bo miałam wrażenie, że
ja staję się coraz bardziej dojrzałą osobą, a ona przeciwnie.
W ogóle pojęcie dojrzałości do niej nie pasowało. Nie chciała
wydorośleć. Była inteligentna, młoda, wrażliwa, miała
nadzwyczajny zmysł obserwacji i wielki talent, który dostała
od Pana Boga, pozostała jednak do końca "nieodpowiedzialnym
młodzieńcem" i dlatego z wieloma sprawami, zwłaszcza pod
koniec życia, w ogóle nie umiała sobie poradzić. I chyba nikt
nie był w stanie jej pomóc, choć wielu bliskich próbowało.
Piosenka
Agnieszki Osieckiej "Oczy tej małej" to jedna z
wielu, mówiących o nieszczęśliwej miłości. Podobnych utworów
Magda Umer ma w swym repertuarze znacznie więcej. Przez długi
czas - jak przyznaje - były one dla niej swego rodzaju
autoterapią.
W latach 70. jej
telewizyjnym partnerem był Andrzej Nardelli. Chłopak obdarzony
niezwykłą wrażliwością i delikatnością, słynny Kordian
"na drabinie" w Teatrze Narodowym Adama Hanuszkiewicza.
Z Nardellim Magda Umer wystąpiła w cyklu programów "Jest,
czy się śni". Śpiewali wiersze Gajcego, Bojarskiego. Tam
po raz pierwszy pojawiła się też piękna piosenka Andrzeja
Trzebińskiego "O niebieskim, pachnącym groszku", z którą
oboje zostali zaproszeni do Opola. Do wspólnego wykonania jednak
nie doszło, bo parę dni wcześniej Nardelli zginął tragicznie.
Na pogrzebie jego matka przytuliwszy mocno Magdę powiedziała:
"A czemuż ty dziecko płaczesz, to Bóg wziął Andrzeja do
siebie".
Dla Magdy Umer
nie było to wcale oczywiste. Była wychowana w rodzinie ateistów
i długo dochodziła do własnych przemyśleń na temat Boga.
Sformułowała je przed kilku laty. Odpowiadając na pytanie
jednego z miesięczników: Czym jest dla mnie Bóg, odpowiedziała:
"Niepojętym i Nieodzownym, Podstawowym Punktem Odniesienia,
w moim życiu. Znikim nie rozmawiam tak często jak właśnie z
Nim, a jednocześnie bardzo często wątpię w Jego istnienie.
Pragnę, aby Był, ale nie jestem osobą religijną. Próbowałam,
ale nie potrafię oprawiać w ramy czegoś, co nie ma długości
i szerokości. Nie mówiąc już o głębokości. Mam przeczucie,
że ktoś mi założył bezpośrednie połączenie. Dzwonię
rzadko, by nie zawracać Głowy i nie zajmować Linii. Zawsze
jest sygnał, ale czasami Nikt nie podnosi słuchawki. Wtedy
ogarnia mnie czarna rozpacz."
- Rachela to
osoba z zewnątrz, z innego świata niż pozostałe postacie
"Wesela" - mówi Adam Hanuszkiewicz. - Pomyślałem więc,
że mogłaby to zagrać dziewczyna, która nie jest aktorką. Ktoś,
kto na co dzień nie jest nauczony sztuki udawania i bycia kimś
innym.
- Kiedy
zainteresowałam się pierwowzorem literackim Racheli - mówi
Magda Umer - i sporo o niej czytałam, doszłam do wniosku, że
chyba jednak w niewielkim stopniu przypominam Pepę Singer, tamtą
dziewczynę. Z pewnością jednak było we mnie bardzo wiele cech
Racheli wymyślonej przez Wyspiańskiego. A Hanuszkiewiczowi zależało,
bym na scenie była przede wszystkim sobą. Zgodziłam się zagrać
Rachelę głównie dlatego, że zawsze intrygowała mnie magia
teatru. I bardzo frapowało pytanie, jakimi naprawdę ludźmi są
aktorzy, ci, którzy każdego wieczora muszą udawać kogoś zupełnie
innego. Być może w dzieciństwie też chciałam występować w
teatrze i filmie, bo bardzo lubiłam zbierać zdjęcia sławnych
aktorów, a więc zapewne gdzieś podświadomie marzyłam, by żyć
tak jak oni. W młodości jednak zrozumiałam, że nawet gdybym
miała talent, nie mogłabym zostać aktorką, bo nie potrafiłabym
wcielać się w różne postacie, ponieważ mnie samej jest
strasznie dużo. Ale aktorów kocham i wydaje mi się, że dobrze
ich rozumiem.
To "Wesele",
podobnie jak inne spektakle Hanuszkiewicza wywołało wiele
kontrowersji wśród rodzimych krytyków. Przyjęcie za granicą
było znacznie lepsze, tam - jak twierdzi reżyser - Magda Umer
zawsze wymieniana była w czołówce.
- Na pewno świat
aktorski wydawał mi się dużo ciekawszy, barwniejszy niż ten
codzienny, na ulicy. Zauważyłam przy okazji, że większość
aktorów to ludzie bardzo wrażliwi, ale zwyczajni. Na tle niektórych
ja sama wydawałam się jakaś bardziej wydumana. Pracując w
teatrze zobaczyłam też, jaką cenę się płaci za codzienną
eksploatację nerwów podczas występów. Tamta wiedza bardzo się
potem przydała w mojej pracy reżysera. Zawsze interesowała
mnie psychologia i biologia i jestem przekonana, że jeśli
jakiekolwiek sukcesy odniosłam w pracy z aktorem, to nie
dlatego, że jestem dobrym reżyserem, lecz psychologiem. Myślę,
że mam umiejętność współodczuwania z ludźmi, z którymi
pracuję. A staram się pracować przede wszystkim z najlepszymi:
stąd "Biała bluzka" i "Kobieta zawiedziona"
z Krystyną Jandą, "Zimy żal" z Jeremim Przyborą,
"Zbig Big Show" ze Zbyszkiem Zamachowskim, Januszem Józefowiczem
i Piotrem Machalicą.
Magda ma na swym
koncie kilka filmów telewizyjnych, m. in. rozmowy-rzeki z
Agnieszką Osiecką i Jeremim Przyborą. Jeden z pierwszych filmów
poświęciła też Andrzejowi Nardellemu.
- W moim
pokoleniu Andrzej Nardelli to było bardzo znaczące nazwisko. Był
jednym z wybrańców Pana Boga, który nagle przestał istnieć.
Wytworzyła się legenda, granicząca nawet z mitem. Po jego śmierci
czułam ogromną potrzebę zrobienia tego filmu, ale musiałam
poczekać 20 lat, abym była w stanie go zrealizować.
Przed dwoma laty
Magda Umer wydała swe piosenki w albumie zatytułowanym "Wszystko
skończone". Zapowiedziała wtedy, że zamierza rozstać się
z estradą.
- To mój główny
problem, że nie jestem aktorką, a jednocześnie przez 25 lat
wychodziłam na scenę i posługując się tekstami mych
ulubionych autorów śpiewam o sobie i swoim życiu. To były
takie przedziwne spotkania, które z jednej strony leczyły mnie,
a z drugiej strony - o czym przekonałam się z licznych rozmów
i listów - także wielu moim słuchaczom przynosiły ukojenie. Mówiłam
im, co naprawdę myślę o życiu, o miłości, o śmierci i
strachu. I tak było przez 10, może 15 lat. Potem to moje życie
było tak bardzo intensywne, tak dużo się w nim działo, że z
wieloma rzeczami coraz mniej potrafiłam sobie poradzić. I te
recitale stawały się dla mnie jakieś nieprzyzwoicie
ekshibicjonistyczne. Miałam wrażenie, jakbym wydrapała z
siebie wszystko, ale nie przynosiło mi to żadnej ulgi. Czułam,
że to mnie nie leczy, tylko staję się jeszcze bardziej chora.
I doszłam do wniosku, że abym mogła sobie pomóc, muszę po
prostu przestać występować. Myślałam, że zrobię sobie
przerwę, a potem do tego zatęsknię i znowu powrócę. Ale tak
wcale nie jest. Hanuszkiewicz powiedział kiedyś, że aktor to
taki człowiek, który czuje szczęście w nogach z tego powodu,
że stoi na scenie. Ja z tego powodu akurat czuję nieszczęście.
Siedząc w domu, czytając książkę, myśląc nad kolejnym
scenariuszem czuję się o wiele lepiej niż wchodząc o 19.00 na
scenę.
Przed rokiem w
radiowej "Trójce" odbył się koncert "Mężczyźni
mojego życia". Tam Magda Umer prezentowała swoich kolegów
i przyjaciół. Nie ulega jednak wątpliwości, że najważniejszymi
mężczyznami jej życia pozostają trzej: synowie i mąż
Andrzej. Ten ostatni stara się robić wszystko, by kobieta jego
życia mogła się poczuć jak prawdziwa artystka. Nie protestuje
więc, gdy Małgosia - bo tak nazywa Magdę - leży godzinami w
zawieszonym na strychu hamaku pochłaniając kolejny tomik poezji.
W jej imieniu składa okolicznościowe wizyty u znajomych, bo
Magda tego nie cierpi. Od czasu do czasu lubi jednak sprowadzać
ją na ziemię. Mimo tego Magda Umer nie żałuje, że wkrótce
po tym jak poznała Andrzeja, modliła się w duchu, by nikogo w
życiu już nie pokochać tak jak jego.
- Jest takie
powiedzenie, by brać życie w swoje ręce, umieć walczyć o
swoje i wychodzić naprzeciw czemuś, czego się bardzo chce. Ciągle
mi się wydaje, że z jednej strony wychodziłam naprzeciw czemuś,
czego chciałam, ale życie toczyło się jakimś drugim torem.
Oczywiście dawałam mu na to przyzwolenie, bo zawsze mogłam
powiedzieć, że nie idę do żadnego teatru, nie jadę do
telewizji, nie interesuje mnie wywiad w radio. Będę siedziała
w bibliotece na Koszykowej i czytała książki. I choć to
czytanie książek do dzisiaj jest dla mnie interesujące, to
jednak parę innych rzeczy okazywało się równie ciekawych. Miałam
ciekawe życie i wydaje mi się, że umiem to docenić. A czy to,
co zrobiłam, przetrwa jakiś czas? Nikt tego nie wie. Pamiętam
taki film o Indiach, gdzie powstawały piękne dywany układane z
kwiatów albo piasku. Mogły istnieć chwilę, ale te chwile były
piękne. Czuję się takim ziarenkiem piasku.