Z Dziennika Krystyny Jandy...

 

Wczorajszy targ i dzień to była jedna wielka kobieca epopeja połączona z paranoją. 
Zawiozła mnie do miasta Magda U. Już na parkingu prawie wjechałyśmy w drzewo. Dalej prowadziła samochód tak, że gwałtowne hamowania i krótkie okrzyki przerażenia nie ustawały, wciąż pytała o drogę, mimo że ją zna równie dobrze jak ja, cudem uniknęłyśmy ze dwa razy poważniejszych kolizji i uratowałyśmy w związku z tym życie, a nasze gwałtowne decyzje wyboru ulic i skrętów w nie, lub zmiany takich decyzji w ostatniej oczywiście chwili, doprowadzały innych kierowców na drodze do rozpaczy, a my niezrażone dalej, jakbyśmy cierpiały na "pląsawicę samochodową". Zaczęłyśmy się w rezultacie tego  na dodatek kłócić, która z nas prowadzi samochód gorzej, licytacja była tak pasjonująca i tak nas ona wciągnęła, że odciągnęła ostatecznie naszą uwagę od drogi, bo był to temat żywy i dla obu bolesny. Dyskusja wynikła stąd, że ja chciałam usiąść za kierownicą, ponieważ okazało się, że ona zapomniała okularów i właściwie nic na tej drodze nie widzi. Ale Magda uznała, że i tak, czego ona niedowidzi, to ja i tak nie naprawię, wyrównam, swoją jazdą, bo jeżdżę beznadziejnie. I zostało jak było, to znaczy ona prowadziła a ja czytałam tablice, kierunkowskazy, i ostrzegałam, że coś jedzie z naprzeciwka, na co ta oświadczała za każdym razem, że kontury widzi, i może bez przesady!
  Na targu kupiłyśmy sobie zupełnie niepotrzebne rzeczy, za to w dużych ilościach, i pojechałyśmy szukać sklepu komputerowego. Tam ja zakupiłam myszkę, bez której się męczę od początku tu pobytu, a Magda chodniczek pod myszkę do komputera osobistego, którego jeszcze nie ma, ale ma mieć wkrótce, ja zakupiłam dodatkowo urządzenie - na dwie baterie R14 - do ubijania piany z mleka w kawie, oraz niezwykle mi potrzebny - jak mi się w tym sklepie nagle wydało - elektryczny melakser do szatkowania cebuli, pietruszki, bazylii i czosnku (to było na zdjęciu na pudełku, w którym było to urządzenie), a Magda zakupiła natychmiast czajnik elektryczny, bez którego dalej - jak się też w tym sklepie dopiero okazało - nie może żyć, i dziwiła się że dopiero tam to sobie uświadomiła z taką jasnością. Następnie udałyśmy się do sklepu pt. "Buty świata", w naszym bardzo "wolnym" tłumaczeniu, i przymierzyłyśmy wszystkie buty stojące na półkach, a stały tam ich duże ilości. W rezultacie ja zakupiłam jedne za małe, ale za to piękne, i zrezygnowałam z innych, też za małych i skracających mi nogi i niewygodnych, ale za to wyglądających na półce jak dzieło sztuki, a Magda nie kupiła nic. Potem udałyśmy się do sklepu z akcesoriami łazienkowymi, i ona szukała metalowego uchwytu, który nie wiedziała, do czego i w jakim miejscu jej łazienki jest niezbędny, ale powiedziała za to, że go szuka od lat i nie może znaleźć, a ja jak zwykle szukałam miękkiej plastikowej deski sedesowej, bo moje dzieci tylko taką lubią, kiedyś przywiozłam taką z Ameryki, i teraz wszystkie inne deski są dla nich za zimne, za twarde i nieprzyjemne. Okazało się, że nie ma ani Magdy uchwytu, ani mojej deski, jak zwykle zresztą. Wsiadłyśmy do samochodu i wychwalając zalety miękkich plastikowych desek sedesowych oraz dziwiąc się bezmyślności europejskich producentów, którzy tego tu w Europie nie wymyślili, jechałyśmy z powrotem do domu, wzbudzając na drogach popłoch i ogólne zamieszanie, pomyliwszy kierunek wielokrotnie, w każdym razie obok szpitala i stadionu przejechałyśmy kilkakrotnie, a to na pewno nie jest w naszą stronę. W drodze mnie tak zachwycił krajobraz, że poprosiłam o zatrzymanie się na poboczu w celu zrobienia zdjęcia. Magda wykonała to, mimo że kierowcy jadący za nami chyba nie byli za bardzo przygotowani, ale w rezultacie zorientowali się o co chodzi i pojechali sobie dalej, a my zatrzymałyśmy się w najpiękniejszym do zdjęć miejscu. 


  Po dyskusji, czy to zielone, co fotografuję, to jest na pewno plantacja ryżu, okazało się, że nie możemy odjechać, bo nie mamy kluczyków, po prostu gdzieś się zapodziały. Ja nie mogłam Magdzie pomagać w szukaniu ich, bo właśnie się zorientowałam, że ja z kolei nie mam swojego telefonu komórkowego i starałam sobie przypomnieć, kiedy go ostatni raz widziałam i czy przypadkiem nie w barze, gdzie piłyśmy kawę, utrudzone zakupami. Magda zaniechała więc poszukiwania kluczy do samochodu i zaczęła do mnie dzwonić, a raczej do mojego telefonu ze swojego, żeby się odezwał, jeśli gdzieś jest koło nas. Nasłuchiwałyśmy jakiś czas i uznałyśmy, że go nie ma, bo się nie odzywa, nawet w bagażniku, a Magda ma przecież słuch absolutny. Pocieszała mnie, że pewnie go zostawiłam w domu, ja twierdziłam, że to niemożliwe, bo go nigdy nie zostawiam w domu, i wtedy Magda nagle zobaczyła, że ma kluczyki w ręku i nie wiadomo skąd się tam wzięły. Odjechałyśmy. W domu okazało się, że telefon tu właśnie na mnie czeka, a wszystko co kupiłam nie nadaje się do niczego, przymierzyłam i obejrzałam całość, stwierdziłam, że nigdy nic z tego nie użyję ani nie założę, no może ewentualnie w czymś zagram w teatrze albo telewizji i tyle. Załamana swoją bezmyślnością i beznadziejnym charakterem chciałam udać się na plażę i tam to przeżywać dalej, kiedy zadzwoniła Magda i oświadczyła, że zgubiłyśmy gdzieś czajnik i podkładkę pod myszkę i musimy jechać do miasta jeszcze raz. Pojechałyśmy, szukałyśmy torby z zakupami we wszystkich odwiedzanych przez nas sklepach i miejscach, w każdym z nich ja coś kupowałam, coś zupełnie niepotrzebnego, a robiłam to tak sugestywnie, że nawet Magda uległa tej histerii i też kupiła sobie jedne za małe buty. Obie kupiłyśmy, takie same, za małe i niewygodne, za to bardzo tanie, buty. Czajnika nie znalazłyśmy, a kiedy zapytałam, czy kupimy drugi, Magda zaczęła histeryzować, że nie! Że musi sobie wyznaczyć jakąś karę! Że wiecznie coś gubi!!! Że sobie czajnika nie kupi i tak się będzie teraz mordować bez czajnika, za karę! Odjechałyśmy znów w kierunku domu, znów inną jakąś drogą. Po drodze w polach zobaczyłyśmy stragan z warzywami i owocami, zatrzymałyśmy się i chciałyśmy kupić tylko arbuzy, ale pani, która sprzedawała, była tak miła, kazała nam zjeść jakieś śliwki, które potem musiałyśmy kupić, jakieś pomidory, co ich nie chciałyśmy już zupełnie, a nawet ryż, całe kilo, nie wiadomo po co, ale bardzo nam zależało, żeby jej, tej pani, zrobić przyjemność, bo była miła i zwierzyła nam się, że bez okularów już nic nie widzi. Uznałyśmy, że ryż ostatecznie można zabierać ze sobą do Polski. Wróciłyśmy, i postanowiłyśmy, że cały wieczór, za karę za to, że jesteśmy takie beznadziejne, za stratę czajnika, kupienie bezsensownych rzeczy, będziemy jeździć na rowerach do siódmych potów, i że nic nie zjemy na kolację, żeby nam przejaśniało w głowach od tej głupoty, co ją tam mamy.
  A teraz, od wczoraj, jesteśmy wciąż sobą załamane.
  Dobrego dnia.