***
Gasną mi powieki i szarzeją ręce
Długo tego jeszcze? ”Nie kręć się”-
nie kręcę...
Uśmiech mi już więdnie, nie będę się
zmuszać
Dość tego , nie mogę. ”Nie
ruszaj”- nie ruszam...
Ach gdyby był taki aparat co zrobi w mig
Wspaniały obraz mego ciała spowitego
w te marne szaty
Taki „pstryk”, co w jednej chwili zrobi z tego coś pięknego...
Dłonie mi grabieją , zamarzły mi stopy
Maluj sobie kwiatki , albo antylopy
Palce mam jak sople ,a oczy jak
szparki...
Słuchaj, ja naprawdę wolę już te
garnki
Ach gdyby był taki aparat co „pstryk „ zrobi
I już masz obraz mojej twarzy ulubiony
Kupiłabym, słuchaj Modi, ale to chyba kosztowałoby miliony...
A tak co mi z tego , że płótno
smarujesz
Czasami ktoś powie ,że pięknie
malujesz i pójdzie...
A z tobą ja zaś muszę gnić...
Słuchaj- dosyć tego...”no , dosyć na
dziś”.
„Ach , gdyby był taki aparat , co zrobi w mig
Wspaniały obraz twego ciała spowitego w te marne szaty
Taki „pstryk” , co w jednej chwili zrobi z tego cos pięknego...”
Pokaż...to ja? To chyba twoje
przywidzenie
„To powleczony światłem oczu snu
aksamit”
Ty ciągle śnisz...”To nie jest śnienie.
To jesteś ty...Ja się nazywam Modigliani...”
(moja ulubiona piosenka Marka)
Urodził się
w Zamościu, kilka miesięcy
po zakończeniu wojny, w grudniu 1945 roku. Rodzice nie pisali wierszy i nie
komponowali muzyki ,ale w 1947 roku coś im kazało kupić dla syna pianino. Do
głowy im pewnie nie przyszło, że w tym momencie zainwestowali spore pieniądze
w coś , co stanie się prezentem dla
nas wszystkich- w talent Marka.
Wychowywał się w rodzinie
wielopokoleniowej i bardzo ze sobą zżytej. Pięknie śpiewały siostry jego
ojca. Zapamiętał wigilie i wspaniałą , mądrą babcię, która w ten dzień
nie pozwalała mówić o głupstwach ,za to
do woli można było śpiewać na głosy...
Najpierw grał na tym pianinie z siostrą
i nie było to nic poważnego. Potem zaczął się uczyć i trwało to osiem
lat.
Grał w przedstawieniach szkolnych, tańczył,
recytował długie poematy Kasprowicza, ale na pewno nie myślał jeszcze poważnie
o przyszłości artysty.
Kiedy wydoroślał postanowił zostać
architektem i wyjechał na studia do wielkiego świata- czyli do miasta
królów polskich ,smoka, Wandy ,hejnału, „Przekroju” i Piotra
Skrzyneckiego...
A w tym mieście mógł obserwować nie
tylko piękna architekturę.
Mógł
także ,spacerując po rynku wieczorem , wpaść przypadkiem do słynnego w całej
Polsce kabaretu ”Piwnica pod Baranami”...
Mógł zobaczyć Piotra, Ewę Demarczyk ,
Zygmunta Koniecznego, Krzysia Litwina ,Krysię Zachwatowicz., Wiesia Dymnego
itd.. itp. A zobaczywszy ich – musiał oszaleć
z zachwytu, bo byli to artyści nadzwyczajni
Bo będąc tam miało się wrażenie ,że
się jest w centrum świata, i wszystko co dzieje się poza nim jest dużo mniej
ciekawe i ważne. Bywał tam coraz częściej
i powoli zaczęła blednąć jego
wymarzona architektura (tym
bardziej , że królował w niej beton , jako podstawowy środek wyrazu...)
Któregoś dnia( chyba na trzecim roku)
natknął się u kogoś w pokoju akademickim na pianino. I coś go do niego zaczęło
ciągnąć już nieodwołalnie.
Grał nie tylko to, czego nauczono go w młodości,
ale nagle wymykały mu się z pod palców melodie , których nigdy jeszcze nie słyszał.
I zdumiony stwierdził, że to on jest ich autorem...A kiedy do melodii
zaczęły się same dopisywać słowa
( na przykład :”Nie dokazuj miła nie
dokazuj, przecież nie jest z
ciebie znowu taki cud”, które dzisiaj zna każde polskie dziecko i polski
staruszek),
-
postanowił coś z tym zrobić.
Był
młody , pełen energii i pasji . I
miał na studiach bardzo zdolnego kolegę, który nazywał się Jan Kanty Pawluśkiewicz
W małej salce akademika założyli
kabaret Anawa(dopiero później powstał zespół muzyczny o tej samej nazwie.)
Anawa- z francuskiego en avant- znaczy do
przodu, naprzód.
No i poszli naprzód, popędzili jak
burza. .Na występy kilkorga młodych ludzi
z przychodzili najpierw
koledzy i koleżanki z akademika (wśród
nich śliczna studentka pedagogiki o specjalności geografa),a potem zaczęli się pojawiać ludzie spoza miasteczka
studenckiego, artyści, intelektualiści. Zaczęto o nich mówić.
W styczniu 1966 roku , w klubie „Pod
przewiązką” odbyła się premiera
kabaretu Anawa. W 1967 roku ktoś mądry
namawia ich do udziału w Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie...
Ciekawa
jestem, czy pojechali na konkurs tramwajem, czy stać ich było
już na taksówkę... może nawet szli na piechotę... ale myślę
dzisiaj, że to była najważniejsza wyprawa w ich życiu.
Dlaczego? -Bo
koncert laureatów transmitowała na żywo Telewizja
.Po raz pierwszy usłyszała ich i zobaczyła cała Polska.
A kiedy usłyszała i zobaczyła (między
innymi pisząca te słowa , wtedy
osiemnastolatka)
- to już nigdy nie chciała przestać słuchać...
Byłam jedną z
wielu zakochanych nastolatek i po paru latach bardzo przeżyłam ich
artystyczny rozwód.
Ale zanim się rozstali, zdążyli dla nas napisać swoje najpiękniejsze piosenki,
nagrać dwie płyty i wykonać na
żywo setki koncertów, na które przychodziły
tłumy wielbicieli.
Były
to tłumy kulturalnych ludzi. Dzisiaj nie do pomyślenia. Głośno było
tylko w czasie bicia braw.
Bo oni
poziomem swojej sztuki , sposobem zachowania się na scenie, skupieniem, anty
– gwiazdorstwem, służeniem pięknym dźwiękom, pięknym słowom ,
szlachetnym znaczeniom-wprawiali w zachwyt i osłupienie słuchającą
ich młodzież (czasami trafiali się także 30 –letni starcy, ale
rzadko).
No i urodą. Jako zakochana fanka nie mogę
tego pominąć. Byli nie tylko
zdolni, ale i piękni. Kiedy udało
się na chwilę oderwać wzrok od
zjawiskowego uśmiechu Marka , natychmiast
dostawało się w zamian błyszczące
oczy i ognistą czuprynę Pawluśkiewicza , ideał męskiej urody , czyli Jacka
Ostaszewskiego, ( który jeszcze nie wiedział, że pojedzie do Indii ,a gdy wróci,
grać będzie w zespole „Osjan”),cudownego
hippiesa Marka Jackowskiego
(kręciła się koło niego piękna
dziewczyna , z którą potem założy zespół „Maanam”),dwóch
jasnych Zbyszków – Wodeckiego i
Paletę. A jeszcze dwóch Tadeuszy- Kożucha
i Dziedzica , czyli altowiolistę i gitarzystę. Już zaczynają mi płynąć
łzy na klawiaturę, kiedy
piszę te słowa . Na koniec zostawiłam Anię Wójtowicz- wiolonczelistkę. O
jej urodzie napiszę tylko tyle, że cudowna piosenka Wojtka Młynarskiego i
Skaldów pt: ”Prześliczna wiolonczelistka” jej właśnie jest poświęcona...
Byli doskonali. Towarzyszyli całemu
mojemu studenckiemu życiu i bardzo wiele im zawdzięczam. Mimo że w 1973 roku
byłam już panią magister, płakałam jak angielska nastolatka po rozstaniu
Lennona i Mc Cartneya, kiedy dowiedziałam się, że Jan Kanty Pawluśkiewicz
zostaje szefem Anawy, a Marek zakłada grupę WIEM(znaczyło to: w innej epoce
muzycznej)..Wydawało mi się, że popełniają artystyczne samobójstwo.
Na szczęście nie miałam racji...
Po
chwilowym zagubieniu każdy odnalazł
swoją drogę. Jan Kanty Pawluśkiewicz jest dziś jednym z najwybitniejszych
polskich kompozytorów(jego „Jeruzalem” z „Nieszporów Ludźmierskich”,
to jedna z piękniejszych pieśni , jakie słyszałam w życiu).Jacek
Ostaszewski pisze muzykę teatralną(między innymi do legendarnych przedstawień
Krystiana Lupy) itd. itd...Każdy z nich ma barwne i ciekawe życie. Ale najjaśniejsze
gwiazdy świecą dla Marka Grechuty.
To jego pokochała publiczność. Wierna
jak pies, mimo lepszych i gorszych
lat, jakby chciała podkreślić, że zawsze może na nią liczyć, że pamięta
ile mu zawdzięcza . To jest fenomen, bo u nas tak długo nie kochają artystów.
Artysta najczęściej towarzyszy swojemu pokoleniu, a Marek jest jednym z
nielicznych wyjątków .Zmieniają się mody ,a on trwa .
Śpiewa już trzydzieści pięć lat .Śpiewa , pisze, komponuje, nawet
maluje obrazy. W tym roku otrzymał Złotego Fryderyka za całokształt działalności
i Fryderyka za najlepszy album wznowieniowy . Firma Pomaton
Wydała cykl pt: ”Świecie nasz”. To
jest coś w rodzaju „Dzieł wszystkich”- lektura obowiązkowa .Na trzynastu
płytach zmieściło się 300 nagrań. Imponujący
dorobek!
A jaki jest prywatnie?
Nie interesuje się polityką i zawsze
należał do grona tzw .”wewnętrznych
emigrantów”, a nie buntowników. Nie chce zrozumieć dzisiejszego świata i
ucieka w swój własny.
Gdy tworzy jest nieobecny...Kiedyś”
tworzył” prowadząc samochód. .Jechał na koncert do Jeleniej Góry. Powstała
piękna piosenka, ale o wyznaczonej godzinie mogli go usłyszeć jedynie mieszkańcy...
Zielonej Góry. I to bez zespołu muzycznego.(A przez całe życie towarzyszyli
mu muzycy wybitni).
Marek
pasjonuje się sportem. Podczas mistrzostw albo olimpiady zawiesza na ścianie
ogromny grafik, na którym rozpisuje godziny transmisji i kanały, na których
może oglądać kolejne mecze czy wydarzenia sportowe.
Lubi
dom i bardzo kocha swoją żonę Danusię.( Podobno tylko ona śpiewa w domu i
robi to pięknie!) Jest dla niego najważniejszą nagrodą w życiu. I
najwierniejszym przyjacielem. W jednym ze swoich wierszy-
nazwał ją „świętą żoną” .
Święta żona zapomniała o pedagogice i
geografii, urodziłam mu pięknego syna Łukasza (w 1972 roku), została jego
menegerem ,opiekunem i czułym
krytykiem. Człowiekiem na najlepsze i najgorsze.
Najgorsze przyszło w 1999 roku, kiedy
ich ukochany syn , dorosły 27
letni mężczyzna, ale dla nich ciągle dziecko- wyszedł z domu i przez dwa
lata nie dał znaku, że żyje. Uprzedził ich, że odejdzie ” bo chce przemyśleć
swoje życie”. Postanowił
przemierzyć ( na piechotę ?!)całą Europę i nie wiedział ,że tutaj szuka
go cała Polska...
Teraz już jest dobrze i nie ma co do
tego wracać, ale były to najdłuższe dwa lata w ich życiu...
Biały dom , spokojny sen, życie poza tłumem
i zgiełkiem , Bach i Vivaldi , stare polskie
czarno-białe filmy(nie znosi współczesnego agresywnego kina , pełnego
krwi i przemocy i nie może pojąć dlaczego ludzie czegoś takiego potrzebują),
sztalugi, muzyka łąki i lasu,
cisza, orzeszki w czekoladzie, papier
nutowy i białe kartki papieru- to wszystko daje mu siłę i ochotę do pracy.
Lubi koncerty. Mówi ,że walczy o serca coraz młodszych słuchaczy. A na
koncertach już dawno siedzą babcie z wnukami- wszyscy tak samo wpatrzeni
i śpiewający razem z nim prawie wszystkie piosenki...
Piotr Skrzynecki , szef „Piwnicy pod
Baranami”, w której Marek śpiewał przez dziesięć lat powiedział kiedyś:
”Marka Grechutę uważam za najgenialniejszego piosenkarza polskiego”.
Podpisuję się pod tym obiema rękoma
Magda Umer
P.S .Pamiętam , jak 30 lat temu pewien
bardzo znany dziennikarz
zaatakował to,
co Marek robi na scenie, nie rozumiał, dlaczego
podoba się
publiczności i jury ( wtedy właśnie
wygrał festiwal opolski wspaniałym
„Korowodem”) .Twierdził ,że śpiewa za cicho. Żałuję, że byłam wtedy
za młoda i za nieśmiała , aby z nim polemizować... Nie znałam też
wtedy jeszcze wspaniałej anegdoty, którą od lat opowiada na swoich
koncertach Bogdan Łazuka. Otóż podobno kiedyś odbywał się w Ameryce
wielki charytatywny koncert, w którym
brały udział największe sławy
światowej piosenki. Między innym Frank Sinatra i Mick Jagger z Rolling Stonesów.Za
kulisami Jagger powiedzieć miał
do Sinatry:” Ja uważam, że pan nawet ładnie śpiewa, tylko dlaczego tak
cicho?”
-Bo umiem, odparł mistrz...